— Ofiarami?
— A jak pan nazwie ludzi, którym każe się cierpieć, nie pozostawiając im żadnego wyboru?
— Bardzo trafna definicja człowieka w ogóle [1].
Literatura i filozofia — w tym również to pogranicze literatury i filozofii, do którego zalicza się Etyka i jej negacje — są tak przesiąknięte afirmatywnym zakłamaniem, że wielu autorów (i czytelników) nie zdaje sobie nawet sprawy, że ich stanowisko nie jest neutralne. Jak ryby z przytaczanej przez Davida Fostera Wallace’a anegdoty [2], które nie wiedzą, co to woda, ludzie nie są świadomi, że żyją — być może tak jak rzeczone ryby z konieczności — w starannie podtrzymywanej i bezpardonowo egzekwowanej przez strukturę społeczną ułudzie.
Etyka i jej negacje to książka niebezpieczna, bo może coś zmienić. Społeczeństwo boi się takich książek, gdyż każdy czytelnik, któremu da ona do myślenia na tyle, żeby przestał dopasowywać swoje życie do narzucanego mu afirmatywnego wzorca, którego poruszy na tyle, żeby przestał być „produktywny”, przestał mechanicznie wytwarzać zasoby, biologiczne, społeczne, finansowe — a nie ulega wątpliwości, że na przekór szczytnym banałom społeczeństwo traktuje swoich członków jak bezmyślną biomasę — staje się dla niego w najlepszym wypadku obciążeniem, a w najgorszym groźbą.
W ciągu ostatniej dekady — czyli akurat gdy antynatalizm trafiał pod strzechy — ciężar społecznego oburzenia zaczął się przenosić z bezwzględnego potępienia aborcji (potępienia skądinąd podzielanego przez samego Cabrerę) na równie bezwzględne potępienie samej decyzji o nieposiadaniu dzieci, decyzji realizowanej przez skuteczne stosowanie antykoncepcji, abstynencję, czy nawet — o zgrozo! — sterylizację. Debatę o moralności aborcji, która — choć filozoficznie, zdawałoby się, rozstrzygnięta przez Davida Boonina, autora A Defense of Abortion, najbardziej wyczerpującej i najważniejszej dotychczas analizy tego zagadnienia (w Polsce oczywiście niewydanej) — może dawać pewne pole do zasadnej niezgody, zastąpił kuriozalny spór o moralność niepłodzenia. Słynny billboard dociekający zatroskanym tonem ontologicznej lokalizacji TYCH dzieci, przedmiot zasłużonych drwin, pokazuje, że obecnie społeczeństwo, kanałami głównie, choć nie tylko, konserwatywnymi, usiłuje — na szczęście bezskutecznie, gdyż myśl ta jest zaiste absurdalna — dowodzić, że ludzi można skrzywdzić, niesprowadziwszy ich na świat, uniemożliwiając im tym samym zaznanie „dobrodziejstw życia” (nie sposób tego chyba wypowiedzieć bez ironii). Idea, że nie da się nikogo skrzywdzić, jeżeli się go nie spłodzi, intuicyjnie oczywista, a sformalizowana przez nowożytny antynatalizm, wywiedziona z równie trywialnego, co epokowego spostrzeżenia, że życie istniejącego człowieka należy oceniać inną miarą niż życie człowieka potencjalnego, stanowi faktyczny przełom, kopernikański przewrót w etyce prokreacji. Benatar rozsławił je w Najlepiej — nie urodzić się — a wcześniej sformułował w 1997 roku w artykule Why It Is Better Never to Come into Existence — ale Cabrera wprowadza analogiczne rozróżnienie całą dekadę wcześniej (w punkcie szesnastym pierwszego rozdziału niniejszej książki). Jest to niezwykłe o tyle, że dwóch myślicieli, z innych kręgów językowych i kulturowych, myślicieli zresztą diametralnie różnego temperamentu (jeden to rasowy filozof parający się słowem, drugi — rasowy pisarz parający się myślą [3]), nieprzystawalnych, choć zarazem się uzupełniających, niczym partia go i przenikliwy koan, poczyniło niezależnie od siebie, na podobieństwo Newtona i Leibniza z rachunkiem różniczkowym, to samo przełomowe spostrzeżenie. I tak jak w przypadku wszystkich wielkich odkryć, gdy ktoś już je sformułuje i ogłosi, wówczas wydaje się ono, przynajmniej garstce myślących a niepokornych osób, oczywistością.
Śmierć i cierpienie nie bulwersują tak, jak potencjał nieurodzenia się. Doprecyzujmy to zdanie, pozwalając sobie na odrobinę okrucieństwa: śmierć i cierpienie własnego dziecka nie bulwersują jego rodziców tak, jak możliwość jego niezaistnienia. Zabijanie i dręczenie innych istot (w tym ludzi), arogancka niesprawiedliwość, bezduszność i obojętność, wszystko to jest tak wszechobecne, że nikogo już nie porusza. Cóż począć, taka natura człowieka, taki świat, przytakujemy, siląc się na zadumę. (Gdzież była ta zaduma, kiedy jeszcze nie było za późno?). Równie płytko pocieszamy się nic nieznaczącymi, a mądrze brzmiącymi sloganami — to akurat specjalność liberałów i lewicy — z których ostatnio prym zdaje się wieść „nadzieja radykalna”. Twórców stawiających opór temu ogłupiającemu optymizmowi jest równie niewielu jak ich czytelników; nawet w propozycjach ambitniejszych, dążących do wiern(iejsz)ego odzwierciedlenia świata, niestroniących od przedstawiania jego „mrocznych” stron (cudzysłów jest tu niezbędny, gdyż ta rzekomo „mroczna” podszewka to w istocie starannie tuszowana i wypierana proza życia, jego codzienność), wszystko albo się dobrze kończy, albo nawet gdy kończy się źle, to nigdy nie bez dopuszczenia nadziei, że mogłoby się skończyć lepiej. Zło, czy to straszliwe, czy codzienne, przedstawia się z obowiązującej afirmatywnej perspektywy niezmiennie jako wypaczenie. Cabrera rzuca temu wyzwanie — to dobro jest anomalią, zło zaś wpisaną w strukturę świata normą. Różnica, choć z pozoru abstrakcyjna, jest w metafizycznym sensie kolosalna.
Julio Cabrera ma więcej czytelników, niż mogłoby się wydawać. Sęk w tym, że to czytelnicy potencjalni, którzy choć nie odkryli jeszcze jego myśli, od dawna żyją w jego wszechświecie. Znamiennym tego przykładem są ludzie, nierzadko młodzi, obsesyjnie przejmujący się nie tyle swoim, zazwyczaj doskonałym zdrowiem ani nawet nieubłaganym procesem starzenia, tylko maksymalnym przedłużeniem życia [4]. Z myślą o tym optymalizują oni, nierzadko imponującym nakładem sił i środków, egzystencję tak, by wyeliminować z niej wszystko, co mogłoby ją „skrócić” (temu neonietzscheańskiemu kultowi nieformalnie szefuje Bryan Johnson [5]). Sensem ich życia jest jego kontynuacja. Zjawisko to — współcześnie coraz częstsze, zwłaszcza na Zachodzie — mogłoby stanowić żyzny grunt dla psychologiczno‑egzystencjalnych rozważań, ale z perspektywy Cabrery rzecz jest oczywista — otóż ludzie ci zrozumieli, że „żyją w śmierci”; a bardziej prozaicznie, że pomimo świetnego zdrowia i doskonałej kondycji, perfekcyjnego trybu życia, diety itd., codziennie umierają. Nie zbliżają się do śmierci, tylko właśnie umierają; ta różnica jest kluczowa. Ich niepokój jest zatem jak najbardziej zasadny i nie stanowi żadnej psychopatologii, tylko celne rozeznanie. Lektura Cabrery przyniosłaby im pewną ulgę i przynajmniej częściowo uwolniła od stresu, potwierdzając ich podejrzenie, że toczona przez nich walka już się skończyła (ich przegraną, rzecz jasna); że przegrali ją w dniu, w którym przyszli na świat. Urodzili się, tak jak my wszyscy, do życia w śmierci. Już dawno jest po wszystkim. Bryan Johnson powinien koniecznie przeczytać Etykę i jej negacje; będzie mu (nieco) łatwiej umierać.
Choć w ostatniej fazie swojej twórczości Cabrera zwróci się ku filozofii analitycznej, zwłaszcza w swoim magnum opus z 2018 roku, Mal‑estar e moralidade. Situação humana, ética e procriação responsável, Etyka i jej negacje to książka w jego różnorodnej twórczości osobna. Skonstruowana w formie komentarzy zbyt konsekwentnych i precyzyjnych, by nazwać je garścią aforyzmów, i zbyt nieokiełznanych i lirycznych (miejscami flirtujących z oniryzmem, którego nie powstydziłby się Pessoa), by mogły się składać na pełnoprawny wywód, stanowi raczej bootleg filozoficznego punk rocka, podręcznik algebry i ognia Tlönu. Cabrera przyjmuje tu niewygodną dla „sukcesu” utworu formułę, zbyt konsekwentną jak na poezję i zbyt literacką jak na filozofię. Jednak jest w tym branżowym samookaleczeniu coś pociągającego. Takich książek się po prostu — być może z bardzo dobrych powodów — nie pisze.
Jednym z najciekawszych filozoficznych dzieł ostatnich czasów jest wydana w 2020 roku The Non‑existence of the Real World Jana Westerhoffa. Napisać, że to książka ważna, wydaje się śmiesznie nieadekwatnym w obliczu wyzwania, które postawił sobie autor: korzystając z bogatego instrumentarium filozofii analitycznej, dowieść wywiedzionej z buddyjskiego nurtu madhjamaki intuicji, że — bagatela! — nic nie istnieje. Jedną z konsekwencji fascynującego wywodu Westerhoffa jest nadwerężenie mocy filozoficznej analizy jako takiej (choć przedstawia on tej „zneutralizowanej” filozofii kompleksową obronę [6]), zagadnienie, które Cabrera będzie zgłębiał w ramach swoich badań nad negatywnym podejściem do argumentacji. Nie powinno zatem dziwić, że podróż Argentyńczyka wiedzie go, choć w filozoficznych szatach, ścieżkami literatury. Tak jak Nietzschego, a tym bardziej Ciorana, nie da się „obalić” (w przypadku Ciorana również dlatego, że sam nas w tym dziele bezustannie uprzedza), tak ogień oprócz, a nierzadko zamiast algebry sprawia, że Etyka i jej negacje będzie niewzruszona, czyli oczywiście bezbronna, wobec krytyki.
Trochę nonkonformizmu! — strofował (słusznie) młodzież Ireneusz Kania [7]. Tę samą reprymendę można by piórem Cabrery skierować do początkującego myśliciela, a Etyka i jej negacje świetnie nadałaby się na podręcznik — antypodręcznik? — pierwszego roku filozofii; jeszcze zaś lepiej zamiast pierwszego (i jakiegokolwiek innego) roku filozofii (Cabrera jest co prawda zawodowym filozofem, ale niejednokrotnie zdaje się prosić, by mu tego nie wypominać). Czytelnik Etyki otrzymuje za to filozoficzno‑literacki (a miejscami literacko‑filozoficzny) podręcznik pierwszego roku zajęć na Uniwersytecie Niezgody — uczelni wymagającej a elitarnej — prowadzonych na tajnych kompletach z przekazywanych sobie po kryjomu samizdatów, mających na celu wykształcić człowieka negatywnego. Studia te są społecznie szkodliwe, ekonomicznie bezużyteczne (jedyną praktyczną korzyścią jest możność oszczędzenia sobie — i zaoszczędzenia na — terapii) i raczej nie przysporzą popularności. Żaden rodzic nie wyśle tam dziecka. (Rodzice (prawie) nigdy tam nie uczęszczają). Choć rzeczona uczelnia nie figuruje w żadnym rankingu, nader trudno jest się tam dostać, a jeszcze trudniej ją skończyć. Nauka trwa całe życie („w śmierci”), a pracą dyplomową jest umieranie. Wszyscy absolwenci są martwi.
Dzieło Cabrery, zwłaszcza ujęte jako całość — monumentalny, uginający się pod własnym ciężarem program przebudowy, jeśli nie demontażu etyki, logiki, argumentacji, którego nieuniknione przy tak kolosalnej ambicji słabości łatwo wytknąć, by zignorowawszy konstelacje niezliczonych przebłysków geniuszu, pochopnie skreślić go en bloc — nawet gdyby miało się okazać „porażką”, cokolwiek miałoby to znaczyć w epoce poprawnej, fachowej przeciętności, będzie stanowiło dla niestrudzonego poszukiwacza prawdy (jak by ten termin w kategoriach cabreriańskich pojmować) probierz odwagi, skrawek mapy tych ciągle niezbadanych rejonów, gdzie wstęp od zawsze był wzbroniony — czyli właśnie tych, by zacytować z The Whalebone Box Andrew Köttinga, do których musimy iść.
W swoim podsumowaniu życia, autobiograficznym Testamento, Cabrera, rozważając sposoby radzenia sobie z naszą sytuacją po uświadomieniu sobie jej tragizmu, wskazuje trzy metody stawiania oporu: opozycję przez samobójstwo, opozycję przez prokreacyjną abstynencję i opozycję przez twórczość. Ta ostatnia droga miałaby polegać na tworzeniu dzieł „opozycyjnych”, które „wykazują bądź wyjaśniają, dlaczego życie jest straszne, ponure, przerażające, niegodne prowadzenia, bezsensowne, pozbawione wartości, mroczne, przygnębiające i niesprawiedliwe. Dzieła takie mogą poskutkować tym, że wielu młodych ludzi, którzy zamierzali spłodzić potomstwo, zrezygnuje z tego pomysłu” [8]. Jako przykłady Cabrera wymienia Pieśni Maldorora, utwory Poego, Lovecrafta, Bukowskiego, Baudelaire’a, Sartre’a, Ernesta Sábato, Thomasa Bernharda i poetów przeklętych, filmy Luisa Buñuela, Carlosa Saury, Alejandra Jodorowsky’ego i Roya Anderssona oraz filozofię Schopenhauera, Ciorana i własną [9]. Po czym zaleca tę trzecią drogę — „decyzję, by zaniechać twórczości afirmatywnej i budującej na rzecz dzieł negatywnych, arcykrytycznych, buntowniczych, nawet gdyby miały być irytujące i nieprzyjemne, trudne do zniesienia nawet przez ich twórcę. Ten trzeci rodzaj opozycji byłby bogatszy egzystencjalnie od dwóch poprzednich, mając za cel nadanie opozycji treści, treści artystycznej, filmowej, filozoficznej, fotograficznej, plastycznej czy jeszcze innej. Taka forma opozycji polega zatem na wyrażeniu świata w dziełach negatywnych […] Twórca opozycyjny nadaje koszmarowi świata estetykę i organizację, traktując zarazem twórczość negatywną jako wyzwanie etyczne i polityczne” [10].
Hiszpański krytyk Ignacio Echevarría przytacza wspomnienie Luisa Gusmána o tym, jak Osvaldo Lamborghini wychodził ze swoim niesamowitym debiutem, El fiord, ledwie kilkunastostronicową książeczką, na ulicę „jak z bronią” [11]. Wydaje mi się, że Etyka i jej negacje równie dobrze sprawdziłaby się w tej roli.
Patryk Gołębiowski
Spetses, 18 sierpnia 2026 r.
Patryk Gołębiowski, Posłowie [w:] Julio Cabrera, Etyka i jej negacje. Niezaistnienie, samobójstwo i drobne morderstwa, przeł. Patryk Gołębiowski, seria „XYZ”, TNSA, Kraków 2026. Obraz: Edward Burne-Jones, Venus Discordia, 1872–1873.
[1] J. Fowles, Mag, przeł. E. Fiszer, Zysk i S‑ka, Poznań 2025, s. 439.
[2] D.F. Wallace, This Is Water. Some Thoughts, Delivered on a Significant Occasion, about Living a Compassionate Life, Little, Brown and Company, Nowy Jork 2009, s. 3–4.
[3] Z czego tylko mało wprawny czytelnik — który na niniejszy tekst na szczęście nigdy nie trafi! — mógłby wywnioskować, że mam Benatara za słabego pisarza, a Cabrerę za słabego filozofa.
[4] E. Retter, The troubling rise of longevity fixation syndrome: ‘I was crushed by the pressure I put on myself’, „Guardian”, www.theguardian.com.
[5] R. Simonpillai, ‘Are we the first generation that won’t die?’: Bryan Johnson on his controversial lifestyle, „Guardian”, www.theguardian.com.
[6] J. Westerhoff, The Non‑existence of the Real World, Oxford University Press, Oksford 2020, s. 296—307.
[7] I. Kania, Trzy przypisy do naszych czasów, Austeria, Kraków 2023, s. 40.
[8] J. Cabrera, Testamento: un libro para 100 personas, [nakładem autora], Brasília 2022, (e‑book), s. 221.
[9] Powyższą listę z pewnością można uzupełnić o Alberta Caraco, którego pisany z samego kresu nocy Le bréviaire du chaos stanowi dzieło tak zaciekłe i bezkompromisowe, że większość współczesnego pesymizmu zdaje się na jego tle pastelowym balonikiem z komedii romantycznej. A zwolennikom fatalizmu mniej obcesowego, choć wcale nie mniej brutalnego, pozostaje polecić poezję Konstandinosa Kawafisa (K. Kawafis, Wiersze wszystkie. Άπαντα ποιητικά, przeł. I. Kania, Austeria, Kraków 2019).
[10] J. Cabrera, Testamento…, dz. cyt., s. 221–222.
[11] O. Lamborghini, El fiord, Ediciones Sin Fin, Barcelona 2014, tył okładki.


