Eurobiałość to książka, która wchodzi w polemikę z wygodnym mitem Europy jako „uniwersalnego modelu” zdolnego naprawić świat.

Hans Kundnani — przez lata będący blisko serca europejskiej machiny mitotwórczej — pokazuje, jak integracja europejska i sama Unia Europejska są splecione z historią kolonizacji, rasizmu oraz mechanizmami wykluczenia. To elegancko napisana, klarowna dyskusja z europejskim samozadowoleniem. Przypomina, że nawet najbardziej pokojowy, egalitarny i „zielony” kontynent wciąż pozostaje daleki od utopii.

Nie wszystkim się spodoba — i być może właśnie dlatego warto ją przeczytać.

…możesz nam pomóc, wpłacając parę złotych poprzez serwis buycoffee.to/tnsa lub bezpośrednio konto naszego stowarzyszenia: 17 1140 2004 0000 3102 7874 3864. Zebrane środki przeznaczymy na nasze bieżące utrzymanie — lokal i księgowość. Dziękujemy! 🙂

Niniejsza książka ma trzy cele. Po pierwsze, poprzez wprowadzenie koncepcji regionalizmu, oferuje inny sposób myślenia o europejskiej tożsamości oraz UE, jak również ich związkach z nacjonalizmem. Po drugie, bada relacje pomiędzy ideami Europy oraz białością — relacje, które, zważywszy na oczywiste powiązania pomiędzy terminami „europejski” i „biały”, wzbudziły dotychczas zaskakująco mało zainteresowania. Po trzecie, przedstawia interpretację ewolucji UE, szczególnie w dekadzie od początku kryzysu strefy euro w 2010 roku.
Zacząłem pracować, zbierać materiały, pisać – minął rok. Napisałem wiele wersji tego scenariusza, aż natrafiłem na "Bohatera o tysiącu twarzy". Dopiero wtedy naprawdę udało mi się skupić. Gdy przeczytałem tę książkę, powiedziałem sobie: „Przecież właśnie to robiłem. To jest to”. Czytałem wcześniej innych autorów (…) ale "Bohater o tysiącu twarzy" był pierwszą książką, która zaczęła porządkować to, co dotąd robiłem intuicyjnie.
Postępująca laicyzacja ukruszyła metafizyczne fundamenty człowieka, zastępując mistyczne uniesienia racjonalizmem — teologią naszych czasów — którego myśl antynatalistyczna jest swoistym ukoronowaniem. Nie jest to (pseudo)racjonalizm efektywnego altruizmu ani spokrewnionego z nim modnego ostatnio dalekosiężnictwa [longtermism] — niegroźny, zachowawczy, który prowadzi wywód na pozór poprawnie, podchodzi za to wybiórczo do konkluzji, aby przypadkiem nie zrazić do siebie złaknionych optymizmu zwolenników. Nie, to racjonalizm bezwzględny, niewygodny, okrutny.

Spójrzmy też na wydawnictwa uczelniane: wiele z nich pełni ważną rolę, publikując prace zbyt ezoteryczne, aby mogły przynosić zysk, ale wątpliwe jest, czy którekolwiek z tych prac są w jakimkolwiek stopniu kontrowersyjne lub obrazoburcze w odniesieniu do aktualnych wydarzeń. […] Ponieważ wielkie firmy, zainteresowane masowymi nakładami, dążą do unikania kontrowersji, ostatnim bastionem wolności są małe prywatne wydawnictwa.

Mężczyzna porusza się po szachownicy zupełnie dowolnie, a gdy istota słabsza wchodzi mu w drogę, zawsze może użyć pięści. Jego poddanymi są słabsi, ale rzeczywistość też jest mu poddana. Mężczyzna ściąga z kobiety sukienkę, zabiera jej buty, chwyta za biodra i piersi, ale nie po to, by dać jej przyjemność, ale by zabrać je dla siebie.
Chcenie jest wolne od kalkulacji. Szaleństwo ciała, które wrzuca się w miejsca i sytuacje prowadzące do jakiegoś, być może chwilowego, spełnienia. Jak poczuć, że jestem, naprawdę jestem? Jak odczuć, że moje materialne ciało naprawdę istnieje i ma się dobrze? To coś ze środka czegoś chce i jest nieustępliwe; napina mięśnie, każąc dążyć do realizacji celu.
Postrzeganie gwałtu jako wyrazu pożądania seksualnego jest nie tylko nieprecyzyjnym, ale także zdradliwym założeniem, ponieważ skutkuje przeniesieniem odpowiedzialności za zbrodnię w dużej mierze ze sprawcy na ofiarę: skoro napastnik jest pobudzony seksualnie i kieruje swoje impulsy w stronę ofiary, to znaczy, że ofiara celowo lub nieświadomie zachęcała go lub rozbudzała w nim pożądanie poprzez swoje zachowanie, styl ubierania się lub jakiś inny aspekt.

W przypadku nauk, w których nie obowiązują żadne ustalone kryteria, równie prawdopodobne jest to, iż negatywnie oceniona książka jest rzeczywiście zła, jak i to, że recenzent jest nie dość kompetentny, aby zrozumieć, o co w niej chodzi, że jest zbyt leniwy, aby uważnie i wnikliwie przeczytać tekst, który ma ocenić, albo też tak mało twórczy, że sam nie potrafi nic napisać i systematycznie wyładowuje frustrację, krytykując dokonania innych — jeśli mu nie chodzi po prostu o ochronę interesów jakiejś kliki, co także się zdarza.

Koncentracja przemysłu wydawniczego musi pociągać za sobą narastający konformizm twórców, nie tylko dlatego, że ogranicza swobodę działania pisarzy i konkurencję między nimi, ale także dlatego, iż prowadzi do rozszerzenia biurokracji, która jest — jak wiadomo — czynnikiem tłumiącym nieortodoksyjne punkty widzenia. […] Naukowcy, którym zależy na wolności myśli, powinni przeciwdziałać tendencji do opanowywania rynku przez kilku wielkich wydawców, polecając swoim studentom podręczniki wydane przez mniejsze firmy. Innym sposobem byłoby niekupowanie i nierekomendowanie niczego, co jest masowo promowane na rynku wydawniczym.

Są książki, które czytamy. Są też takie, o których nie sposób zapomnieć. Oto jedna z nich.

Karol Gromek dociera do granic ludzkiej seksualności, a następnie niepokornie je przekracza. Wbrew temu, co powszechnie uważamy za słuszne, i na przekór wszelkiej poprawności. Z tezami tej książki częstokroć przyjdzie nam się nie zgodzić — podczas lektury większość z nas niejednokrotnie się oburzy, a być może będzie nawet głośno protestować. Pewnych spraw nie chcemy bowiem przyjąć i wolimy po prostu o nich nie myśleć, wolimy odwracać wzrok, nie patrzeć.

12 różnorodnych stylistycznie tekstów, w czterech częściach. 234 strony, niebieski papier barwiony w masie, tłoczenie czarną folią, tłoczenie suche pod obrazek. Zdjęcie wklejane ręcznie: figurka magiczna, okres rzymski, Paryż, Luwr.

Niestety […] masowy rynek wydawniczy jest — podobnie jak i inne gałęzie przemysłu — jednym z czynników, które wpływają na obniżenie standardów. Ponieważ największe zyski pochodzą zawsze ze sprzedaży bestsellerów, wydawcy z konieczności interesują się najbardziej książkami o przeciętnej wartości. Jaka mogłaby być korzyść z inwestowania dużych pieniędzy w promowanie autora, którego prace są zbyt trudne dla przeciętnego (a nawet nieco powyżej przeciętnego) umysłu? Im większe pieniądze wchodzą w grę, tym silniejsza jest tendencja do sprowadzania jakości publikacji do najmniejszego wspólnego mianownika.

Bohater o tysiącu twarzy i Gwiezdne wojny

Około dziesięciu lat temu postanowiłem napisać film dla dzieci – miałem pomysł na stworzenie współczesnej baśni. Moi przyjaciele dookoła mówili: „Co ty robisz? Zwariowałeś. Musisz zrobić coś ważnego. Musisz zrobić coś społecznie istotnego. Musisz stworzyć sztukę przez duże S. Musisz robić to, co my robimy”. Pracowałem wtedy nad projektem o Wietnamie (Czas apokalipsy), ale porzuciłem go – oddałem go mojemu przyjacielowi [Francisowi Coppoli] i powiedziałem: „Ja muszę zrobić ten film dla dzieci”.

 

Nie wiedziałem wówczas, co właściwie robię. Zacząłem pracować, zbierać materiały, pisać – minął rok. Napisałem wiele wersji tego scenariusza, aż natrafiłem na Bohatera o tysiącu twarzy. Dopiero wtedy naprawdę udało mi się skupić. Gdy przeczytałem tę książkę, powiedziałem sobie: „Przecież właśnie to robiłem. To jest to”. Czytałem wcześniej innych autorów — freudystów — a oprócz tego miałem za sobą całkiem sporą dawkę Kaczora Donalda, Sknerusa McKwacza i innych mitycznych bohaterów naszych czasów. Ale Bohater o tysiącu twarzy był pierwszą książką, która zaczęła porządkować to, co dotąd robiłem intuicyjnie. Zobaczyłem wiele paralel i zacząłem fascynować się całym tym procesem, a w konsekwencji sięgnąłem po kilka innych książek — The Flight of the Wild Gander, The Masks of God — i pisałem dalej.

 

Cały ten proces trwał latami. I tak, jak mówię, przez długi czas krążyłem w kółko, próbując wymyślić opowieść; scenariusz rozłaził się we wszystkie strony i w końcu miałem setki stron. To właśnie Bohater o tysiącu twarzy sprawił, że te około 500 stron nagle zmieniło się w jedną historię. Tu jest opowieść. Tu jest koniec. Tu jest punkt ciężkości. Tak to wszystko jest ułożone. To wszystko istnieje od tysięcy lat, jak wskazywał Campbell. I powiedziałem sobie: „To jest to”. Po przeczytaniu kolejnych książek Joego zacząłem rozumieć, jak to zrobić. Wtedy uświadomiłem sobie, jak ogromny był jego wkład w moją pracę. Przeczytałem te książki i pomyślałem: „Oto całe życie badań, lata pracy, skondensowane do kilku tomów, które mogę przeczytać w parę miesięcy – a które pozwalają mi ruszyć naprzód i nadać kierunek mojej twórczości”. To było wielkie osiągnięcie i miało dla mnie ogromne znaczenie. Możliwe, że gdybym na niego nie trafił, wciąż pisałbym Gwiezdne wojny.

 

O niektórych autorach można powiedzieć, że ich dzieła są ważniejsze niż oni sami. Ale w przypadku Joego — choć jego dzieła są wielkie — nie mam najmniejszych wątpliwości, że jego twórczość nie jest większa niż on sam. To naprawdę wspaniały człowiek, który stał się moim Yodą.

 

George Lucas, National Arts Club, 1985.

 

Fragment zaczerpnięty z książki The Hero’s Journey.

Used with permission from the Joseph Campbell Foundation (jcf.org) — za uprzejmą zgodą Joseph Campbell Foundation (jcf.org).