Niniejsza książka ma trzy cele. Po pierwsze, poprzez wprowadzenie koncepcji regionalizmu, oferuje inny sposób myślenia o europejskiej tożsamości oraz UE, jak również ich związkach z nacjonalizmem. Po drugie, bada relacje pomiędzy ideami Europy oraz białością — relacje, które, zważywszy na oczywiste powiązania pomiędzy terminami „europejski” i „biały”, wzbudziły dotychczas zaskakująco mało zainteresowania. Po trzecie, przedstawia interpretację ewolucji UE, szczególnie w dekadzie od początku kryzysu strefy euro w 2010 roku.
Zacząłem pracować, zbierać materiały, pisać – minął rok. Napisałem wiele wersji tego scenariusza, aż natrafiłem na "Bohatera o tysiącu twarzy". Dopiero wtedy naprawdę udało mi się skupić. Gdy przeczytałem tę książkę, powiedziałem sobie: „Przecież właśnie to robiłem. To jest to”. Czytałem wcześniej innych autorów (…) ale "Bohater o tysiącu twarzy" był pierwszą książką, która zaczęła porządkować to, co dotąd robiłem intuicyjnie.
Postępująca laicyzacja ukruszyła metafizyczne fundamenty człowieka, zastępując mistyczne uniesienia racjonalizmem — teologią naszych czasów — którego myśl antynatalistyczna jest swoistym ukoronowaniem. Nie jest to (pseudo)racjonalizm efektywnego altruizmu ani spokrewnionego z nim modnego ostatnio dalekosiężnictwa [longtermism] — niegroźny, zachowawczy, który prowadzi wywód na pozór poprawnie, podchodzi za to wybiórczo do konkluzji, aby przypadkiem nie zrazić do siebie złaknionych optymizmu zwolenników. Nie, to racjonalizm bezwzględny, niewygodny, okrutny.
Każde życie cechuje ogrom cierpienia — znacznie więcej, niż ludziom się zazwyczaj wydaje. Jedynym sposobem, by zagwarantować, że potencjalna przyszła osoba nie będzie tego cierpienia doznawać, jest zadbać, by nigdy się nie urodziła. Nie dość, że całości tej krzywdy można bez trudu uniknąć, ale jest ona również zupełnie bezcelowa.
Książka „Mężczyźni, którzy gwałcą”, choć ma już prawie pół wieku, nadal jest aktualna. Najnowsze badanie przeprowadzone na reprezentatywnej próbie mieszkanek Unii Europejskiej wskazuje, że blisko jedna na sześć doświadczyła w dorosłym życiu co najmniej raz jakiejś formy przemocy seksualnej [1]. Niestety na jej temat wciąż krążą rozmaite obiegowe opinie i nie zawsze są one zgodne z prawdą.
„Nie ma żadnego nadrzędnego celu, któremu służymy. Zatem fakt, że potrafimy wykrzesać jakiś sens z życia, przemawia na korzyść mojej tezy, a nie na odwrót. Dzięki temu, że kreujemy lub znajdujemy ziemski sens, nasze życie jest mniej złe, niż byłoby w przeciwnym wypadku. Nie znaczy to jednak, że wszystko, co ludzie uważają za sensowne, w istocie takie jest”.

Spójrzmy też na wydawnictwa uczelniane: wiele z nich pełni ważną rolę, publikując prace zbyt ezoteryczne, aby mogły przynosić zysk, ale wątpliwe jest, czy którekolwiek z tych prac są w jakimkolwiek stopniu kontrowersyjne lub obrazoburcze w odniesieniu do aktualnych wydarzeń. […] Ponieważ wielkie firmy, zainteresowane masowymi nakładami, dążą do unikania kontrowersji, ostatnim bastionem wolności są małe prywatne wydawnictwa.

W przypadku nauk, w których nie obowiązują żadne ustalone kryteria, równie prawdopodobne jest to, iż negatywnie oceniona książka jest rzeczywiście zła, jak i to, że recenzent jest nie dość kompetentny, aby zrozumieć, o co w niej chodzi, że jest zbyt leniwy, aby uważnie i wnikliwie przeczytać tekst, który ma ocenić, albo też tak mało twórczy, że sam nie potrafi nic napisać i systematycznie wyładowuje frustrację, krytykując dokonania innych — jeśli mu nie chodzi po prostu o ochronę interesów jakiejś kliki, co także się zdarza.

Koncentracja przemysłu wydawniczego musi pociągać za sobą narastający konformizm twórców, nie tylko dlatego, że ogranicza swobodę działania pisarzy i konkurencję między nimi, ale także dlatego, iż prowadzi do rozszerzenia biurokracji, która jest — jak wiadomo — czynnikiem tłumiącym nieortodoksyjne punkty widzenia. […] Naukowcy, którym zależy na wolności myśli, powinni przeciwdziałać tendencji do opanowywania rynku przez kilku wielkich wydawców, polecając swoim studentom podręczniki wydane przez mniejsze firmy. Innym sposobem byłoby niekupowanie i nierekomendowanie niczego, co jest masowo promowane na rynku wydawniczym.

Niestety […] masowy rynek wydawniczy jest — podobnie jak i inne gałęzie przemysłu — jednym z czynników, które wpływają na obniżenie standardów. Ponieważ największe zyski pochodzą zawsze ze sprzedaży bestsellerów, wydawcy z konieczności interesują się najbardziej książkami o przeciętnej wartości. Jaka mogłaby być korzyść z inwestowania dużych pieniędzy w promowanie autora, którego prace są zbyt trudne dla przeciętnego (a nawet nieco powyżej przeciętnego) umysłu? Im większe pieniądze wchodzą w grę, tym silniejsza jest tendencja do sprowadzania jakości publikacji do najmniejszego wspólnego mianownika.