W języku polskim przyjęło się, aby w odniesieniu do Łotwy używać zaimka na, a nie w — czyli na Łotwie, a nie w Łotwie. W ostatnim czasie zmienia się uzus w kontekście Ukrainy, w stosunku do której również niegdyś obowiązywała forma na Ukrainie. Zaimek na używany jest głównie w stosunku do terytoriów zależnych lub podległych innym, dominującym państwom. Jako że Łotwa jest niepodległym państwem, nie widzę powodu, aby również w jej przypadku kontynuować używanie formy na, dlatego w tym rozdziale będę pisał w Łotwie.
1
Na Cmentarzu Leśnym w Rydze zobaczymy następujące znaki:
Krzyż łaciński — na grobach osób o nazwiskach zawierających litery ā, ō, š, albo ä, ö, ß, albo ą, ó, ś.
Krzyż prawosławny — na grobach zapisanych cyrylicą.
Gwiazda (w domyśle: czerwona) — na grobach różnorakich, ale też często towarzysząc cyrylicy.
Półksiężyc — obok alfabetu arabskiego.
Gwiazda Dawida — nigdzie. Gwiazdy Dawida nie znajdziemy.
Znajdziemy za to jeden znak, który będzie przypominał chrześcijański krzyż, ale nim nie będzie.
To krzyż o równych ramionach. Na obydwu końcach obydwu belek krzyża jest jeszcze jedna belka, poprzeczna, tak, jakby z rdzenia figury wyrastały cztery dodatkowe krzyże. Po polsku taka figura nazywa się „krzyżem zdwojonym”. Po łotewsku: krustu krusts.
Groby, na których znajdziemy krustu krusts, są rzadkie. Jeśli uda się nam je znaleźć, obok zawsze będą wygrawerowane litery ā, ō lub š.
Mimo że tych grobów jest tak mało, a cmentarz jest ogromny, krzyż zdwojony rzuca się w oczy od razu po wejściu. Jest na górze sporej tablicy zatytułowanej: „Dla diewturi zabitych przez komunistów”. Pod symbolem widnieje lista dwudziestu czterech nazwisk z datami narodzin i śmierci. Martwi wymieniani są od najstarszego. Nikt nie dożył końca drugiej wojny światowej. Na samym szczycie, oddzielony od pozostałych subtelnym odstępem: Ernests Brastiņš.
Ernests Brastiņš jest też pięć kilometrów dalej, w Parku Kronvalda. Na tym pomniku jest sam, pomijając wyryte w kamieniu Lud (Tautai), Boga (Dievam), i Ojczyznę (Tēvijai).
Jest też w każdej modlitwie łotewskich pogan, jest w genotypie niepodległej Łotwy i jest, w dużych ilościach, w doktoracie Uģisa Nastevičsa, szefa Europejskiego Kongresu Religii Etnicznych, jednego z głównych decyzyjnych Łotewskiego Stowarzyszenia Diewturybicznego (Latvijas Dievturu sadraudze) i doktora religioznawstwa.
Nie wiadomo, gdzie jest naprawdę.

2
Naprzeciwko świątyni, której szefuje Andris, też jest cmentarz. Po drugiej stronie drogi. Z ogródka świątynnego widzę krzyże, więc pytam, czy to nie jest trochę dziwne sąsiedztwo — chrześcijański cmentarz koło pogańskiej świątyni.
— U nas to nie dziwne — odpowiada w swoim stylu lakoniczny Andris.
Jeśli coś miałoby tu być dziwne, to raczej sam Andris. Bardzo wysoki — chyba ze dwa metry. Po siedemdziesiątce. Wychował się jeszcze w Związku Sowieckim, ale rosyjski to dla niego język obcy i chociaż w nim mówi, to nie czuje się całkiem swobodnie, bo przecież jest Łotyszem. Jest Łotyszem tak bardzo, jak się da.
Uczestnictwo w nabożeństwach diewturiby jest dla niektórych trochę jak znak jakości dobrego Łotysza. A Andris nie jest zwykłym diewturi, czyli wyznawcą, ale i kapłanem. To on poprowadzi nabożeństwo równonocy wiosennej, na które przyjedzie kilkudziesięciu pogan z południowej Łotwy. Świątynia znajduje się na obrzeżach Jełgawy, największego miasta południa kraju.
Nie mówi wiele, nosi kaszkiet, płaszcz i ma opaskę na jednym oku, jak pirat.
— Już w czasie sowieckiej okupacji rozumiałem, że z punktu widzenia wiary jestem diewturi — opowiada. — W tym czasie, można powiedzieć, to była taka poza. Wszystkie religie były uciskane w Związku Radzieckim. Ale diewturiba — całkowicie. Zakazana i represjonowana. Całkowicie. Bo to było narodowe.
Andris nie miał głęboko wykształconego rozumienia diewturiby. Stracił jednak żonę. Został sam z trzema małymi dziećmi.
— Wtedy zacząłem szukać. Czytać ezoteryczne książki. Przeszedłem się po wszystkich religiach i w końcu znalazłem sam swoje korzenie.
Ruch folklorystyczny wiele go nauczył. Świętowali w tym roku dwudziestolecie.
Świątynia, którą zaprojektowała jego obecna żona, Anita, jest schludna, elegancka i przemyślana. Drewniana, o kształcie stożka zwężającego się ku górze. Wewnątrz nie ma wielu dekoracji. Składane, drewniane krzesła, miejsce na rozpalenie ogniska i tradycyjne, łotewskie ozdoby: pająki.
Przed wejściem na teren kompleksu powiewa wysoko flaga Ukrainy. Jest niecały miesiąc od początku rosyjskiej pełnoskalowej inwazji. Andris oprowadza mnie po ogrodzie wokół świątyni, wyjaśniając znaczenie wszystkich jej elementów. Nawet klamka w drzwiach do budynku odnosi się do łotewskich mitów. Kompleks został postawiony głównie z pieniędzy wiernych, chociaż w pewnym stopniu dorzuciła się też Unia Europejska.
Spotykamy się 20 marca, czyli dzień przed świętem. Siadamy w małej, nieogrzewanej izdebce i dostajemy po śpiewniku.
To próba. Przed równonocą trzeba przećwiczyć śpiewanie odpowiednich pieśni. Chodzi o dainas, krótkie utwory ludowe, w których główną rolę grają często przedchrześcijańscy, łotewscy bogowie. Poganie śpiewają w kole. Podczas przekładania kartek śpiewnika tłumaczą mi poszczególne historie.
Dainas nie są modlitwą. Jak wytłumaczy mi potem przy pizzy Uģis, „modlitwa” jest jednym z dwóch słów, których diewturi nie lubią. Drugim jest „wiara”.
— W rozumieniu diewturi „wiara” jest tym samym, co niezadawanie pytań. Jeśli wierzysz, nie wątpisz. Jeśli nie wątpisz, możesz zostać oszukany. Wiara jest więc niebezpieczna.
Siedzimy w sieciówce w centrum handlowym w Rydze. Uģis opowiada, że diewturi nie modlą się do bogów, bo w dainas raczej przyzywają ich jako ideały, do których się dąży. Bogów nie można spotkać, bo boskość jest wszędzie i we wszystkich. W rytuałach inwokacja polega na tym, aby zmienić swoją percepcję i zauważyć boskość dokoła. Podobnie z pogrzebem.
— Pogrzeb nie jest w takim stopniu dla zmarłych, jak dla żałobników. To oni muszą żyć dalej. Muszą się pogodzić z rzeczywistością. Z tym, że nie ma już tej osoby. Trzeba ich wesprzeć. To oni będą przekazywać dalej dziedzictwo tej osoby.
Uģis jest jednym z największych specjalistów od diewturiby i życia Ernestsa Brastiņsza. Jest też bardzo szanowany w europejskiej społeczności pogańskiej. Wielu moich rozmówców i rozmówczyń wspominało Uģisa, doceniając jego zaangażowanie i pracę na rzecz religii etnicznych w Europie. Oprócz tego jest japonistą. W swojej pracy doktorskiej analizował podobieństwa między diewturibą a religią shintō. Wiele postów na swoim profilu na Facebooku publikuje w dwóch wersjach: po łotewsku i po japońsku.
Podobieństwa między łotewskim i japońskim spojrzeniem na świat zaczął zauważać, kiedy skończył liceum. Wtedy rozpoczął naukę japońskiego. Początkowo był samoukiem, ale w końcu poszedł na japonistykę. Skończył też licencjat z pedagogiki, po czym na magisterce narodził się pomysł, aby porównać shintō z diewturibą, co rozwinął potem w doktoracie — konkretnie w kontekście rytuałów przejścia.
Kiedy miał trzydzieści lat, po raz pierwszy pomyślał, że diewturiba może być jego powołaniem i że może dać mu odpowiedź na parę pytań. Co się dzieje po śmierci? Jaki jest sens życia? Po co my tu jesteśmy? Jak spędzać rok? Jak się odnosić do tego, co ładne, i do tego, co brzydkie?
Uģisa nie przekonywały religie, które oferują ideę cierpienia i uwolnienia, raju po pokucie.
— Takie ideały religijne wymagają uległości. Wymagają, aby kogoś naśladować, wymagają wiary, bycia bardzo uległym. Diewturiba skupia się na czymś całkiem innym. W diewturibie nacisk jest położony na jednostkę jako na pana swoich decyzji. Jeśli ktoś działa, to bóstwa mu w tym pomogą. Ale jeśli ktoś przestaje robić to, co powinien, to nie będzie boskiej pomocy.
W diewturibie można być aktywnym, można podejmować decyzje, można być odpowiedzialnym za swoje czyny. Inne religie są pasywne — bo ich wierni tylko się modlą.
— Co będzie po śmierci?
— Krótka wersja jest taka, że nikt nie wie. Według diewturiby osoba, która twierdzi, że z pewnością wie, co się stanie, na pewno kłamie.
Jest wysokim, lekko siwiejącym trzydziestokilkulatkiem o aurze pasjonata. O diewturibie potrafi mówić godzinami, co zresztą robi podczas naszej rozmowy przy pizzy i podczas rozmów późniejszych.
— W diewturibie nie ma pytania, czy wierzymy w bogów. Nie, nie wierzymy. Jesteśmy świadomi, że bóstwo istnieje. Można być świadomym lub nieświadomym. Nie zajmujemy się wiarą i na jej temat nie dyskutujemy. My nie wierzymy. Według diewturi, jeśli w coś wierzysz, to na ten temat nie dyskutujesz. Nie sprawdzasz. Nie jesteś wobec czegoś takiego podejrzliwy. Twoje myślenie krytyczne jest wyłączone.
Może to dlatego wyznawcy w Jełgawie krzywią się, kiedy określam diewturibę jako religię.
— To mniej religia, a bardziej filozofia ludowa — twierdzi okutana Anita, a Andris dodaje:
— My do Boga mówimy czasem: „Bożeńku”.

3
Brastiņš urodził się w 1892 roku w Straupe, wsi w północnej Łotwie. Pochodził z rodziny farmerskiej. Jego rodzice nie byli bogaci, ale mimo to Brastiņš wyjechał na studia do Petersburga. W tym czasie było to najbliższe miejsce, gdzie mógł się udać ten, kto chciał studiować sztukę. Sztukę lub wojskowość.
Natura Brastiņsza była dwojaka. Mimo że głównym celem jego wyjazdu był rozwój w dziedzinie sztuk pięknych, w związku z czym ukończył petersburską Akademię Sztuki Stieglitza, został też absolwentem Pawłowskiej Szkoły Wojskowej. W tamtych czasach nie było to aż tak ekstrawaganckie. Było za to emblematyczne dla charakteru Brastiņsza. Brastiņš nie hołdował zasadzie sztuki dla sztuki.
Na zachowanych zdjęciach widzimy obciętego jakby na grzybka mężczyznę, który się nie uśmiecha. Ma charakterystyczne, wąskie oczy.
Jego najważniejszym punktem odniesienia była grupa Rūķis. Po łotewsku — „gnomy” lub „elfy”. Ale jest też inne znaczenie, niedosłowne. Rūķis to również „pszczółki”. Pracusie, uwijający się jak w ukropie. Pszczółki pracowały w łotewskim, emigranckim ulu, który poza granicami kraju produkował esencję łotewskości. Zadaniem Rūķis było wypracowanie łotewskiego stylu w sztuce. Tak jak Holandia ma swój styl, tak jak swój styl mają Francja i Włochy, swój styl miała mieć też Łotwa.
Łotwa była wtedy częścią Imperium Rosyjskiego, więc artyści znajdowali się w lekko schizofrenicznej sytuacji. Stworzenie stylu łotewskiego było oczywistym działaniem wymierzonym przeciwko imperium. Podkreślając istnienie odrębnego, narodowego nurtu w sztuce, Elfy tworzyły podwaliny pod o wiele bardziej brzemienne w skutki stwierdzenie — że Łotwa powinna być niepodległa. Aby wyrwać swój kraj ze szponów imperium i zyskać narzędzia do stworzenia sztuki prawdziwie łotewskiej, musieli jednak pojechać do jądra ciemności, czyli jego stolicy.
Receptą na przetrwanie było trzymać się ze sobą i nie integrować się. Diaspora łotewska w mieście była na tyle duża, że nie sprawiało to problemów. Brastiņš nie utrzymywał wielu znaczących kontaktów z Rosjanami. Z politycznego punktu widzenia dziwne by było, gdyby się z nimi zadawał. Można, co prawda, być przeciwnym imperializmowi niepodległościowcem, jednocześnie hołdując, powiedzmy, wysokim ideałom humanizmu i braterstwa ponad narodami. Poglądy Brastiņsza dalekie były jednak od internacjonalizmu.
Już później, w 1939 roku, tak napisze o Polsce:
Polska popełniła tragiczny błąd, umieszczając w swoim kraju miliony przedstawicieli obcych narodów: Niemców, Rosjan, Ukraińców i innych. To nie byli ludzie, którzy chcieli poświęcić swoje życie i serce dla ojczyzny. Ale wierzę, że Polska się podniesie, choć nie będzie tak duża, bo będzie jednorodna. Będzie tylko jeden, niepodzielony naród.
W kontekście myśli politycznej Brastiņsza w tym fragmencie nie dziwi to, że istnienie mniejszości określa jako „tragiczny błąd” — bardziej zaskakujący jest jakby pozytywny stosunek do Polski. Mimo że na pewno nie była głównym celem ataków łotewskich nacjonalistów, to nie uważano jej za sojusznika. Wprost przeciwnie: historycznie Polska zajmowała południowe obszary kraju, które w związku z tym trochę się spolonizowały i skatolicyzowały. Polaka trzeba było więc pogonić. Brastiņš i jego środowisko sceptycznie patrzyło też na Szwecję (wspominając szwedzką kontrolę nad Liwonią i Rygą w XVII i XVIII wieku, nazywanych czasem „Inflantami szwedzkimi” — gonić należy też Szweda), a z otwartą wrogością na Prusy i Rosję (tutaj gonitwa nie wymaga uzasadnienia).
Polak, Rusek i Niemiec wchodzą do baru w Rydze. I co? Brastiņš próbował wymyślić, jak można by było zakończyć ten nieśmieszny żart. Najchętniej zrobiłby to tak, jak Clint Eastwood w Gran Torino.
Jego ideałem było jednolite państwo narodowe. Jeszcze w trakcie studiów okazało się, że może być na to szansa.

4
Diewturiby nie da się jednoznacznie zaklasyfikować jako religii, a przynajmniej starają się tego uniknąć jej wyznawcy. Niektórzy robią to z dużym powodzeniem. Są tacy, którzy przychodzą i na święta diewturiby, i do cerkwi.
To się nie do końca wyklucza. Jeden z wyznawców, Armand, siwy mężczyzna w średnim wieku i okularach, twierdzi, że diewturiba nie ma szczególnie uregulowanych rytuałów i opiera się na wewnętrznych odczuciach. Na tym, aby się dobrze czuć.
— Dlatego mówię, że to nie religia.
— Styl życia — podpowiada wierzący z boku.
— Styl życia, filozofia. Dlatego religia może u człowieka współistnieć z diewturibą. No, może trochę przeszkadzają jakieś niuanse. Ale to bardzo małe rzeczy. I to głównie dlatego, że w samej cerkwi są jakieś ograniczenia. Ze strony diewturiby ich nie ma.
Uģis pisze w swojej pracy doktorskiej, że diewturi uznają słowo reliģija za obce, z tego powodu wolą używać określenia dzīvesziņa, oznaczającego ludową wiedzę o życiu.
Robi mi też mały wykład religioznawczy. Rozróżnia panteizm od panenteizmu. Diewturi nie uważają, że wszystko jest bogiem: uważają, że bóg jest we wszystkim, w ten sposób reprezentując pogląd panenteistyczny. Dodaje, że diewturiba może się wydawać henoteistyczna: uznając, że jest jeden główny bóg, Dievs, przyjmuje, że istnieją też pomniejsi bogowie, jego funkcje. Diewturiba jednak jest jeszcze czymś innym, czyli katenoteizmem. Uģis wyjaśnia, że bogów czci się pojedynczo podczas każdego ze świąt: wtedy to bóstwo staje się głównym przedmiotem zainteresowania — żeby nie powiedzieć „wiary”, „religii”. Jeśli się połączy oba terminy, wychodzi katenopanenteizm, mówi Uģis, i dokładnie tym jest diewturiba.
Najważniejszych jest troje bogów: Dievs, bóg główny, zajmujący się niebem, Māra od świata materialnego i Laima od losu i czasu. To jednak nie wszyscy bogowie i boginie diewturiby, bo przy okazji każdego z ośmiu świąt w roku czci się kogoś innego. Równonoc wiosenna, z okazji której przyjechałem, poświęcona jest bogini słońca Saule.
Koncepcja trzech bogów z jednym głównym może wydawać się chrześcijaninowi znajoma. Zupełnie inny jest jednak system wartości.
Bóg nie karze. Bóg tylko pomaga — opowiada Armand. A diabeł nie jest absolutnym złem. Jest śmieszny, niedorzeczny. W starych łotewskich bajkach diabeł nie przypomina tego chrześcijańskiego. W Łotwie diabeł jest reprezentacją głupoty. Człowiek nie czyni dobra lub zła. Człowiek robi mądrze lub głupio.
— W kontekście Ukrainy — mówi Armand. — Zabić człowieka: dobrze czy źle? Mądrze czy głupio? Jak myślisz?
— Zabić?
— No, człowieka zabić.
W chrześcijaństwie, mówi, mając świadomość, że upraszcza, nie powinno się zabijać, bo to złe. W diewturibie kwestia zasadza się na tym, czy to jest rozsądne.
— Zabijesz sąsiada, będziesz miał proces. Do tego, co prawda, potrzeba państwa, ale nawet jeśli państwa nie ma — jak zabijesz sąsiada, nikt ci już w przyszłości nie pomoże. Z sąsiadem trzeba żyć przyjaźnie. On ci pomoże, ty mu pomożesz.
Dodaje perspektywę filozoficzną: jeśli kogoś zabijasz, to jest to zła karma. Nawet jeśli nikt się nie dowie, będzie cię to gnieść wewnątrz.
— W takiej sytuacji zabijanie jest głupie. Ale z drugiej strony: mądrze wpuścić zabójcę do swojego domu? Mądrze go nie zabijać?

5
Pierwsza wojna światowa w Łotwie trwała praktycznie do 1920 roku. Po tym, jak zakończył się główny, międzynarodowy konflikt zbrojny, rozpoczęła się łotewska wojna o niepodległość. Stawka była wysoka: chodziło o własne państwo. Może nawet czyste narodowo.
Dla Brastiņsza to była okazja. Był przecież wojskowym, mógł się przydać w zbrojnym odbiciu Łotwy, ale był też artystą, humanistą, więc miał pomysł na to, jak taka nowa Łotwa mogłaby wyglądać. Mogłaby być, chociażby, nacjokratyczna.
Nacjokratyzm, albo naciokrātisms, przyszedł dopiero później, bo został przez Brastiņsza po raz pierwszy opisany w latach trzydziestych, ale jego poglądy i zainteresowania zaczęły zmierzać w tę stronę znacznie wcześniej. Nacjokratyzm to koncepcja państwa idealnego. Koncepcja, która nie miała wielkich szans, by się ziścić. Już na podstawie nazwy łatwo wywnioskować, że naród będzie w takim państwie wiódł prym. To nie jest jednak najważniejsze założenie nacjokratyzmu. Idealnym państwem Brastiņsza byłoby państwo teokratyczne, w którym niepodzielną władzę miałby przywódca religijny. A tak przynajmniej jego stanowisko rekonstruują łotewscy historycy.
Znamy to: brzmi jak Watykan. Ale, jak tłumaczy Uģis, to nie jest wystarczająco dokładna analogia, bo Brastiņš w swoich pismach podkreślał, że w nacjokracji nie powinno być kasty kapłańskiej, i nie zgadzał się z ideą nadrzędnego przywódcy. Według Uģisa Brastiņš sprzeciwiał się koncentracji władzy, ponieważ zwiększało to ryzyko jej uzurpacji. Spekuluje, że w praktyce miałaby to być teokracja elekcyjna — i zostałaby ustanowiona dopiero wtedy, kiedy społeczeństwo byłoby na nią gotowe.
— Jeśli jest gotowe, to niech będzie. A jeśli jeszcze nie jest gotowe — dodaje — to musi dojrzeć.
Ta idea była jednak czysto teoretyczna. Prawdziwym celem wysuwania podobnych postulatów w latach trzydziestych było ugruntowanie statusu diewturiby. Bo chociaż diewturiby w momencie wojny o niepodległość jeszcze nie było — przynajmniej jako zarejestrowanej, skodyfikowanej religii — dla łotewskich nacjonalistów nie ulegało wątpliwości, że Łotwa jest za mała, żeby pomieścić Watykan.
Stolica Apostolska, nawet jeśli blisko jej do nacjokracji, ma podstawową wadę, czyli chrześcijaństwo. Już wtedy Brastiņš traktował chrześcijaństwo jako instrument kolonizacji. Chrześcijaństwo, skądkolwiek by nie przyszło, było przecież obce. Pomijając już to, że miało korzenie grecko‑żydowskie, czyli całkiem niełotewskie, to skąd przyszedł luteranizm? Z Zachodu. Skąd przyszło prawosławie? Ze Wschodu. A skąd przyszedł katolicyzm? Z Południa. Najlepiej by było, żeby wiara nie przychodziła znikąd.
Bałtowie byli ostatnim bastionem pogaństwa w Europie. Łotwa chrystianizowała się na przełomie XII i XIII wieku, a Litwa — dopiero w 1387 roku. Łotysze o tym pamiętają. Siedemset lat trwania Łotwy jako społeczeństwa chrześcijańskiego bywa przez pogan nazywane okupacją. Kiedy żył i tworzył Brastiņš, okupacja przez chrześcijaństwo była jeszcze sto lat krótsza, a pamięć świeższa. Jako wojskowy przyczynił się do zakończenia fizycznej okupacji: był oficerem podczas wojny o niepodległość i miał udział w wyodrębnieniu się Łotwy jako niezależnego państwa. Jako artysta mógł również zakończyć tę duchową.
W niepodległej Łotwie połączył swoje talenty i został powołany na stanowisko dyrektora muzeum wojskowego. Nie ograniczał się jednak do tworzenia wystaw na temat militarnej potęgi Łotwy. Zaczął badać grodziska, czyli pozostałości po prehistorycznych, starożytnych lub średniowiecznych osadach; zazwyczaj niewielkie, porośnięte roślinnością wzniesienia. Brastiņš jeździł po całej Łotwie, mierzył je i porównywał. Nie kopał w ziemi, ale w historii Łotwy. Był pewien problem: jeśli wyrzucić z Łotwy Niemców, Rosjan i Polaków, to co z niej zostanie?
Według niektórych łotewskich historyków trudno mówić o Łotwie przed chrześcijaństwem. Różnice w znajdowanych obiektach z XIII i XIV wieku są zbyt duże, aby kulturę regionu można było uznać za homogeniczną. Przykład stanowi chociażby biżuteria różnych plemion żyjących na terenie obecnej Łotwy. Przed nadejściem chrześcijaństwa nie była jednorodna. Zaczęła się ujednolicać dopiero po chrystianizacji.
Uģis się z tymi historykami nie zgadza. Według niego takie tezy wychodzą z koncepcji prawnika, historyka prawa kościelnego i ultraprawicowego deputowanego Ringoldsa Balodisa, który pisał o tym, jak to chrześcijaństwo, za pośrednictwem chociażby wypraw krzyżowych, odizolowało od innych religii i połączyło terytorium Łotwy w XIII wieku.
— W tym sensie chrześcijaństwo stało się parasolem, który przykrywał wszystkich żyjących w okolicy. Istniały plemiona — lub narody — należące do kultury bałtyckiej i mówiące językami bałtyckimi. Każde z nich miało swojego własnego króla, przywódcę. Nie byli bardzo zjednoczeni w takim sensie, że uznaliby siebie za Łotyszy. Ale w źródłach pisanych widać, że jeszcze przed nazwaniem się w ten sposób te plemiona miały ze sobą coś wspólnego; łączyły je wspólne idee.
Brastiņš myślał tak jak Uģis. Istniały różne, łotewskie quasipaństewka. Może i były między nimi różnice w kulturze materialnej. Istniał jednak wspólny, kulturowy rdzeń. Łotyszy nie trzeba było tworzyć, bo Łotysze zawsze istnieli, nawet jeśli się tak nie nazywali. Ale czy trzeba znajdować słowo na powietrze, zanim go zabraknie? Łotewskość miała być jak powietrze, coś oczywistego i niekwestionowalnego, niewidocznego i łączącego. W świecie, gdzie każdy jest Łotyszem, nie trzeba tracić czasu na nazywanie siebie w ten sposób. Chociaż nie było jeszcze narodu, był zaczyn. Według Brastiņsza ten zaczyn był duchowy.
Przyszedł czas wymyślić przedchrześcijańską religię dla narodu, który został wymyślony przez chrześcijaństwo.

6
Podczas gdy wierzący śpiewają dainas w Jełgawie, ściemnia się. Jeden ze śpiewających podwozi mnie do hotelu. W samochodzie pod lusterkiem podwieszony ma łotewski amulet: pająka. Nie przypomina za bardzo zwierzęcia. To polska, zwyczajowa nazwa ozdoby podwieszanej pod sufitem. Ale łotewska wersja, puzuris, jest specyficzna. Ma formę konstrukcji składającej się z sześcianów, często zrobionych ze słomy. To stara tradycja, chociaż przez swoją kanciastość wygląda jak jakaś millenialska ozdoba.
Kierowca nie mówi wiele, ale twierdzi, że ta ozdoba ma tak naprawdę znaczenie religijne.
Następnego dnia trochę przed szóstą rano idę w najgłębszej mgle, jaką widziałem w życiu. Przechodzę przez znajdujący się na wysepce rezerwat łąk zalewowych rzeki Lelupy. Wyspa znana jest z licznych koni, które na niej żyją i które trzeba minąć, żeby dojść do drewnianej wieży widokowej nad rzeką. To tutaj zaczną się obchody równonocy.
Przychodzę na miejsce jako jeden z pierwszych. Po pewnym czasie z mgły wyłaniają się kolejni wierzący. Są to głównie ludzie w średnim wieku, czasem z małymi dziećmi. Miks stylistyczny. Częściowo ubrani są na sportowo, termicznie — w końcu to jeszcze prawie zima, 21 marca przed szóstą — a częściowo w stroje ludowe. Andris się wyróżnia. Góruje nad wszystkimi w kaszkiecie, szarym płaszczu i przepasce na oko. On będzie odprawiał rytuał.
Spotykamy się tak wcześnie, bo pierwsza część rytuału to powitanie słońca. Po zebraniu się grupki diewturi wchodzimy na szczyt wieży. Na przestrzeni kilku metrów kwadratowych gromadzi się około dwudziestu osób. Wieża mocno się chyboce. Jak umrzeć, to z bogami.
Andris zaczyna, maczając piórko w miodzie pitnym, opryskując cztery strony świata, a w końcu wierzących. Diewturi śpiewają. Dainas rozbrzmiewają z wieży. Podajemy sobie długi, zdobiony łotewską ornamentyką pas. Trzymamy go wszyscy, po czym przekazujemy sobie ugotowane na twardo jajko, które trzykrotnie przesuwamy po pasie. Kiedy skończy się trzecie okrążenie, Andris pokroi jajko i wszyscy będziemy je jeść. Potem każdy obmywa twarz, również jajkiem. Maczamy je w wodzie, a potem dotykamy nim policzków.
Jajko jest ważnym symbolem słońca, wytłumaczy mi Uģis, bo wygląda jak ono: okrągłe żółtko w białku. Zanim zostanie zjedzone, musi być jednak w jakiś sposób wykorzystane w rytuale. Podczas święta jajko wyrzuca się też do wody. Trajektoria jego lotu ma imitować podróż słońca po niebie.
Następnie między wierzącymi zaczyna krążyć miseczka z żurawiną. Jemy. Im więcej, tym lepiej, i dobrze też, aby była kwaśna.
Kiedy po sesji śpiewów i rytuałów schodzimy z wieży, zaczynamy się wzajemnie uderzać witkami bazi. W ten sposób pozbywamy się chorób, złych przyzwyczajeń, nieprzyjaznych duchów. Słońce zostało powitane, ale to nie koniec rytuału. We mgle idziemy do samochodów. Większość wierzących odjeżdża do domów. Najwierniejsi idą się pomodlić, huśtając się w świątyni.

7
W 1917 roku pewien okupant, luterański duchowny Juris Lecs, napisał książkę Senlatviešu dievticība un dvēseles glītums sadzīvē, której tytuł można przetłumaczyć jako Starołotewskie wierzenie w Dievsa i piękno duszy w życiu codziennym.
W tej książce Lecs opisywał przedchrześcijańską religię Łotwy i wskazywał na to, jak wiele miała wspólnego z chrześcijaństwem. Chwalił ją i Łotyszy, sugerując, że wiara w Dievsa może być odpowiedzią na obecne bolączki chrześcijaństwa.
Parę lat później przeczytał ją Brastiņš i przyjechał do Jełgawy, gdzie Lecs mieszkał, razem ze swym nowym współpracownikiem — Kārlisem Bregžisem. Bregžis to obecnie numer dwa w diewturibicznym micie założycielskim. Wtedy był jeszcze bliskim znajomym Brastiņsza.
Droga z Rygi do Jełgawy nie jest długa; to godzina pociągiem, ale i tego czasu mogli pożałować, kiedy na spotkaniu z Lecsem okazało się, że raczej się nie dogadają. Duchowny, jakby nie patrzeć, był przecież luteraninem, i mimo że zauważał poważne problemy w ówczesnym chrześcijaństwie, wcale nie chciał go odrzucać. Raczej naprawić, odnowić, szukać Boga na nowo w rodzimej kulturze Łotwy, która nie jest niechrześcijańska, tylko protochrześcijańska. Świętsza od papieża. A dwóch chłopaków miało dosyć papieży.
Ich drogi też zaczęły się jednak rozchodzić. Chociaż Bregžis był inżynierem, Uģis opowiada, że interesował się tak zwanymi protokołami wizytacyjnymi: raportami z wizyt kontrolnych w łotewskich parafiach. Kontrolerzy pytali, ile osób chodzi do kościoła, ile wpłacają datków i czy nie ma jakichś problemów, na przykład w postaci pogan.
Bregžis studiował te dokumenty. Na ich bazie wywnioskował, że wierzenia pogańskie przetrwały, ale tylko w domu. Nie były praktykowane publicznie, bo było wiadomo, że zostanie to wtedy zauważone. W domowym zaciszu nie było takiego zagrożenia. Ta obserwacja ukształtowała jego poglądy na diewturibę. Bregžis reprezentuje intymne, prywatne podejście do wiary. Nie myślał o odrodzonej łotewskiej wierze jako o wielkim projekcie, który miałby podbić cały kraj. To byłoby wbrew sposobowi na przetrwanie, który wiara pogańska wykształciła przez wieki chrześcijańskiej dominacji, czyli praktyce w ukryciu. Wielki plan miał za to Brastiņš.
Według Uģisa nie da się mówić o diewturibie wyłącznie przez pryzmat Brastiņsza.
— Wtedy diewturiba byłaby głównie publiczna. A religia jest bardzo prywatną rzeczą.
Przyznaje jednak, że to rzeczywiście Brastiņš zapisał się w annałach jako twórca diewturiby i jej główny ideolog — nawet mimo tego, że to Bregžis oficjalnie zarejestrował religię.
Brastiņš zaczął na poważnie interesować się kwestią przedchrześcijańskiej religii Łotwy podczas pracy nad książką o łotewskiej ornamentyce: Latviešu ornamentika, którą wydał w 1923 roku. Jeszcze dzisiaj dla diewturi łotewskie wzory ludowe mają znaczenie magiczne. W regularnych, kanciastych liniach szukają odniesień do wierzeń. Ornamentyka łotewska jest w pewien sposób matematyczna. Opiera się na kątach prostych i prostych liniach o konkretnej długości. Najczęściej powtarzające się wzory łączą z konkretnymi bogami, z Dievsem, Mārą czy Laimą.
Prawdziwym przełomem było jednak opracowanie przez Brastiņsza mitologicznego indeksu łotewskich pieśni ludowych. Zlecenie otrzymał od Łotewskiego Archiwum Folklorystycznego po tym, jak w 1922 roku w sześciu tomach wydano zbiór tych pieśni. Badacze zauważyli, że zebrane teksty są bardzo bogate w treści — również związane z ludowymi wierzeniami i magią — w związku z czym przydałoby się je zindeksować. Brastiņš opublikował indeks w 1926 roku i wtedy już wiedział, że musiała istnieć religia łotewska.
Właśnie w tym okresie spotkał Bregžisa i rozmawiał z Lecsem. W setkach pieśni szukał tych samych bóstw, podobnych obrządków i wspólnych zwyczajów. Z ośmiu tomów materiału wydestylował trzysta stron mitologicznej esencji Łotwy.
Uģis stwierdza, że Brastiņš w swojej pracy był rzetelny. Nie brał na przykład pod uwagę pieśni, co do których nie było jasne, czy mają charakter świecki czy religijny. Analiza Brastiņsza jest jednak jednym z głównych przedmiotów krytyki zewnętrznych obserwatorów i badaczy diewturiby. Brastiņš jest oskarżany o prowadzenie badań bezkrytycznie i bez konkretnej metodologii. Historycy twierdzą, że nie dość, że pomieszał łotewski folklor z mitologią krajów ościennych, to jeszcze niektóre bóstwa zostały przez niego zaprojektowane — tak, aby bardziej przypominały kanon grecki: mitologiczny złoty standard.
Sam Uģis pyta, co to w ogóle znaczy, że używało się dainas bezkrytycznie. Podkreśla, że rekonstruktorzy diewturiby brali pod uwagę części wspólne z różnych regionów, rzeczy uniwersalne. To, co jest wspólne: baza określona przez tradycje.
Dodaje: kiedy człowiek porusza się w ramach tradycji, może rozwijać duchowość w sposób kreatywny.

8
Późniejsza część obchodów równonocy, odbywająca się w świątyni, jest o wiele luźniejsza. Nie ma restrykcyjnego harmonogramu. Wszystko dzieje się powoli i spokojnie. Dziwi mnie to. Przypomina to bardziej spotkanie rodzinne niż obchody święta.
Gwoździem programu jest huśtanie się na huśtawce.
To nie byle jaka huśtawka: to huśtawka rytualna. Wchodzi się na nią w odpowiednim porządku. Najpierw kobiety, potem dzieci, w końcu mężczyźni. Huśtawka jest zawieszona w świątyni nad paleniskiem, niepodpalonym. Kto wchodzi na huśtawkę, ruchem imituje ruch słońca.
— Każdy, kto to robi, próbuje zostać bliźniakiem słońca — tłumaczy Uģis. — Zyskać siłę do dalszego życia i pomagać słońcu w jego ruchu. Aby stało się silniejszym, świeciło mocniej i dłużej.
Wchodzi na nią każdy. Nie przypomina takiej z placu zabaw. To kłoda podwieszona siermiężnym sznurem. Zamiast zwykłych zabawek, dla dzieci przewidziana jest gra: spuszczanie jajek ze wzgórza i mierzenie, czyje jajko potoczyło się najdalej. Na końcu Andris, jako kapłan, rozpala rytualny ogień za pomocą lupy.
W międzyczasie jest dużo śpiewania i biesiadowania w drewnianym domku. Świętują też Armand z żoną. Słyszę, że ostatnio przekazał generatory prądu do Ukrainy. To, że pomaga Ukrainie, nie jest jednak związane z diewturibą. Mówi, że chodzi o wspólne wartości. Łotwa i Ukraina są historycznie podobne. Wspominam, że w jednej z naszych rozmów Uģis stwierdził, że częścią diewturiby jest pomaganie swojej społeczności, i pytam, czy uważa obecnie Ukrainę za jej część. W dalszym sensie tak, odpowiada.
— Bliższy krąg to Bałtowie, Litwa. Dalszy krąg: Ukraina, Białoruś, Polska.
Zauważam, że języki bałtyckie i słowiańskie są spokrewnione. Armand potwierdza, podkreślając, że są różne.
— A co ciekawe, na przykład w łotewskim — i, siłą rzeczy, litewskim — dużo się pokrywa z ukraińskim. Ale nie z rosyjskim.
Z Rosją Łotysze nie mają za dużo wspólnego, mówi Armand, a zresztą sama Rosja nie ma za wiele wspólnego z Rusią, bo teraz to jest bardziej chanat tatarski. Wśród wierzących jest wyraźna emocja antyrosyjska. To nie zaskakuje, biorąc pod uwagę, że jako Łotysze diewturi mają podwójny powód, żeby czuć dystans do Rosji. Tak jak okres panowania chrześcijaństwa, tak i czas istnienia ZSRR określają jako okupację. W obu kontekstach diewturiba była tłamszona.
Inny wierzący opowiada, że jego żona nie może przebaczyć popowi, że podczas ślubu nie dał im włożyć sobie wzajemnie na palce pierścionków, tylko wepchnął im je sam. Przestali wtedy chodzić do cerkwi. Po paru latach wrócili, żeby ochrzcić córkę.
— Trzy lata nie byliście? — zapytał pop. — No to musicie uiścić opłaty za trzy lata.
Tak, jakby przez kilka lat nie płacili podatków. Byli bardzo rozczarowani cerkwią i kiedy szukali sposobu, aby w duchowy sposób uczcić dziesięciolecie ślubu, zainteresowali się diewturibą.
Chociaż dla nich motywacją był ślub, dla Armanda najważniejsze w poznawaniu diewturiby było święto zmarłych.

9
Viktors Eglītis był ciepło myślącym o Hitlerze pisarzem, który umarł w sowieckim więzieniu po oskarżeniu o kolaborację. Był też poganinem.
To ostatnie zawdzięczał Brastiņszowi i Bregžisowi, z którymi poznał się na długo przed swoją problematyczną przyszłością. Zaczęli z nim współpracować w 1924 roku, kiedy zainicjował spotkania łotewskiej inteligencji pod nazwą Kamols — po łotewsku „włóczka”, opowiada Uģis. Chociaż pierwsze wydarzenie było skromniejsze i miało miejsce jeszcze w mieszkaniu Eglītisa, na drugie, w styczniu 1925 roku, uczestnicy zostali już zaproszeni do ryskiego zamku. Odbyła się wtedy kluczowa z punktu widzenia Brastiņsza debata: co, według zgromadzonych, powinno być religią narodową Łotwy?
Opcje były trzy. Po pierwsze, religią narodową mogła być łotewska wersja chrześcijaństwa. Czyli chrześcijaństwo, ale zmodyfikowane na łotewską modłę. W tej wersji religii Stary Testament miał być zastąpiony przez dainas. Drugą opcją była religia synkretyczna, która łączyłaby chrześcijaństwo z wierzeniami ludowymi. A trzecią — diewturiba. I to ona wygrała.
W 1926 roku Kārlis Bregžis zarejestrował pierwszą kongregację diewturi. Początkowo miała to być organizacja‑parasol dla wszystkich pogan, ale po roku Brastiņš się odłączył i zarejestrował własną odnogę diewturiby. Brastiņš miał już wtedy aspiracje polityczne, które coraz bardziej wychodziły na wierzch.
Weźmy chociażby jego pracę Latvija, viņas dzīve un kultūra, czyli Łotwa, jej życie i kultura. Brastiņš sugeruje w niej odebranie prawa głosu w wyborach wszystkim niełotewskim obywatelom i wyzwolenie kraju od szkodliwych wpływów mniejszości. Widać, kto ma na niego w tym czasie wpływ. Chodzi o Gustavsa Celmiņsza, nacjonalistycznego łotewskiego polityka i założyciela faszystowskiej grupy Ugunskrusts, czyli Ognisty Krzyż. Rzeczony krzyż to po prostu swastyka. Chociaż jednak organizacja powstała w 1932 roku i z pewnością przynajmniej częściowo inspirowała się NSDAP, swastyka w kulturze łotewskiej nie jest nieodzownie połączona z nazizmem. Łotewskie siły powietrzne używały tego symbolu, nazywanego również krzyżem Perkuna — Pērkonkrusts — od 1919 roku na swoich samolotach.
Celmiņsza jednak ewidentnie ciągnęło do swastyki, bo po delegalizacji Ugunskrustsu w 1933 założył nową organizację, która nazywała się właśnie Pērkonkrusts. Autorem synonimicznej nazwy nie był jednak on sam, tylko Brastiņš. I to Brastiņš, razem z innym prominentnym diewturi, Jēkabsem Bīne, zaprojektował nowe logo organizacji, na którym widniała biała swastyka na tle bordowego krzyża zdwojonego. Angielska Wikipedia opisuje Pērkonkrusts jako organizację „antygermańską, antysłowiańską i antysemicką”.
W Łotwie, jej życiu i kulturze Brastiņš obficie cytuje Celmiņsza. Niektórzy badacze twierdzą, że sam Brastiņš był członkiem Ugunskrustsu, a w kolejnej książce, Tautības mācība (Nauka ludowa) z 1936, potwierdza swoje antymniejszościowe poglądy. Podkreśla też w niej wagę własnego, rodzimego systemu wierzeń i wykłada ideę nacjokracji.
Mimo to jego historia wcale nie jest oczywista. Chociaż rzeczywiście znajdował się w orbicie środowiska Ugunskrustsu, różnice ideologiczne między nim a Celmiņszem były zbyt duże. Nie znaczy to, że zerwał z nim kontakt, bo, jak wiadomo, miał swój udział w powstawaniu następcy Ognistego Krzyża. Tylko że poza wymyśleniem nazwy i zaprojektowaniem loga nie angażował się w działania Pērkonkrustsu, który równie szybko — bo w 1934 roku — zdelegalizowano. Niuans, choć istotny.
Historia może i lubi niuanse, ale ci, którzy ją piszą, nie. Tak właśnie zniknął Ernests Brastiņš.
10
Od końca września do początku listopada jest czas veļi, opowiada Uģis. Chodzi o duchy przodków, ale nie przepada za takim tłumaczeniem, bo „duchy” brzmią nienamacalnie, podczas gdy veļi są materialne. W diewturibie człowiek ma trzy ciała. Jedno jest tym ciałem doczesnym, które się grzebie. Drugie jest duszą, która ulatuje ze śmiercią. Jest też jednak veļi, część, która łączy ciało i duszę. To, co widzi się w snach, kiedy zmarły krewny próbuje się komunikować.
W okresie, kiedy nie świętuje się jeszcze nadejścia nowego roku, a żniwa już minęły, jest czas na kontemplację. Wspomina się przodków. Rozmawia się z dziećmi o zmarłych. Więź z tymi, którzy odeszli, można wzmocnić poprzez parę rytuałów. Na przykład wzywa się martwych krewnych po imionach, aby zjedli z żyjącymi posiłek. Ci ostatni opuszczają wtedy na chwilę pokój, zostawiając w nim potrawy. Veļi mogą wtedy zjeść, po czym są żegnane. Zjadłyście posiłek, możecie opuścić stół.
Jest to dość prywatny, wzruszający rytuał.
W folklorze łotewskim istnieje tradycja: po czyjejś śmierci, w miejscu, w którym dana osoba umarła, sadzi się drzewo, które ma o niej przypominać. Tak samo jest przy narodzinach dziecka. Jeśli na wsi rodziła się dziewczynka, przed domem sadziło się lipę. Jeśli chłopiec — dąb. Zgodnie z płcią drzewa, którą ustala się gramatycznie. Drzewo rośnie razem z dzieckiem. Są jak bliźniaki. Podobnie, kiedy ktoś umiera, sadzi się drzewo. W późniejszych czasach tworzono nagrobek przypominający domek z dachem. To symboliczny ostatni dom.
Później rozpowszechniły się kamienne nagrobki. Lepiej jednak dalej wybrać drewniany. Jeśli rodzina pamięta o zmarłym, nie pozwoli, aby drewno zgniło. Jeśli przestaną dbać o nagrobek, będzie jasne, że rodzina nie szanuje zmarłego.
— Jeśli postawisz kamienny nagrobek, będzie na zawsze — stwierdza Uģis. — Uciekasz od odpowiedzialności.
Czasem nie można postawić żadnego.

11
W 1934 roku w Łotwie miał miejsce zamach stanu, po którym władzę w kraju przejął Kārlis Ulmanis. Ulmanis wprowadził nacjonalistyczny autorytaryzm. Pod pewnymi względami środowiskom diewturibicznym i Pērkonkrustsowi mogłoby się to spodobać. Przecież w końcu chodzi o Łotwę dla Łotyszy, a nie dla bałtyckich Niemców czy Żydów. Tak, częściowo ideologie się pokrywały, ale Pērkonkrusts był zbyt radykalny nawet dla Ulmanisa, więc zdelegalizował organizację. Tak samo postąpił z Łotewskim Stowarzyszeniem Diewturibicznym i wszystkimi łotewskimi partiami politycznymi. Wyznawcy diewturiby musieli zmienić status organizacji z religijnej na świecką — przynajmniej na papierze. Mimo wszystko nie da się odmówić Ulmanisowi konsekwencji. Swoją partię, Łotewski Związek Rolników, też zdelegalizował.
Nie zmienia to faktu, że to Ulmanis i jego środowisko niepodzielnie rządzili Łotwą i nie lubili, kiedy ktoś się im przeciwstawiał. Jedną z takich osób był Pēteris Leikarts, deputowany do łotewskiego Sejmu i dziennikarz. Wspierany przez socjaldemokratów, ostro krytykował ŁZR. Po przewrocie Ulmanisa trafił na parę miesięcy do łotewskiego obozu koncentracyjnego dla więźniów politycznych w Lipawie. Według Uģisa jego powrót do Rygi był początkiem końca Brastiņsza.
Po wyjściu Leikartsa z więzienia Brastiņš miał mu pomagać, a nawet znaleźć pracę. Za Ulmanisa każdy, kto utrzymywał kontakty z jego wrogami, sam stawał się wrogiem. Ale Brastiņsza nie można było tak po prostu uwięzić, bo jego rodzina sama była mocno związana z Ulmanisem.
Uģis wyraża zresztą wątpliwości, czy to sam Ulmanis chciał uwięzić Brastiņsza, czy może była to inicjatywa kogoś innego z aparatu władzy. Jakkolwiek by nie było: wola władzy była taka, aby pomoc Leikartsowi nie uszła Brastiņszowi na sucho. Karę trzeba było uzasadnić.
Są raporty policyjne, które świadczą, jakoby Brastiņš był członkiem Pērkonkrustsu i uczestniczył w jego spotkaniach. Co więcej, Brastiņš miał być nawet starszym oficerem organizacji. Według tych raportów diewturiba była ściśle związana z kontrowersyjną organizacją. Kwestujący na rzecz organizacji Celmiņsza dostawali podobno radę, by wzięli ze sobą egzemplarz czasopisma diewturibicznego „Labietis”, tak aby w razie czego mogli skłamać, że zbierają datki na działalność stowarzyszenia diewturi.
Uģis, który przeczytał te raporty, zauważa, że dokumenty opisujące rzeczy, które wydarzyły się w roku 1936, datowane są na lata 1938 i 1939. Co więcej, są pokreślone.
— No przepraszam — oburza się. — Zazwyczaj agent bierze udział w jakimś wydarzeniu i następnego dnia zdaje z niego sprawozdanie. A w latach 1938 i 1939 publikowano raporty na temat zdarzeń, które miały miejsce więcej niż dwa lata wcześniej. I to z poprawkami.
Może coś im się przypomniało.
Według Uģisa to potwierdza, że dowodami w sprawie Brastiņsza manipulowano. Chociaż nie miał instytucjonalnych powiązań z Pērkonkrustsem, to właśnie rzekome działanie w nielegalnej przecież organizacji mogło posłużyć za pretekst, aby go ukarać za pomoc Leikartsowi. Tak właśnie się stało.
Chociaż został aresztowany dopiero przez władzę okupacyjną po wejściu wojsk radzieckich do Łotwy, reżim Ulmanisa dał Sowietom podkładkę.
— Łatwo jest to opowiadać w sposób czarno‑biały — mówi Uģis. — Że Sowieci to zrobili, a wcześniej wszystko było w porządku. To było trochę inaczej.
Brastiņš został aresztowany 6 lipca 1940 roku i zamknięty w więzieniu centralnym w Rydze. Oskarżono go o złamanie Kodeksu Karnego Rosyjskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, a konkretnie: o bycie „elementem niebezpiecznym społecznie”. W 1941 roku przewieziono go najpierw do Moskwy, a potem na Syberię, gdzie w maju skazano go na rok w obozie pracy, a potem, w grudniu, na śmierć.
Z tamtego czasu zachowały się akta NKWD. Część z nich jest w Rydze, a część w Rosji. Te, które zostały odtajnione, Uģis przeczytał. Wynika z nich, że Sowieci nie całkiem rozumieli, dlaczego Brastiņš został zamknięty.
Jeden z więźniów, który siedział w tym samym miejscu, twierdził, że Brastiņš do końca życia opowiadał o diewturibie. Odprawiał też sekretne rytuały w więzieniu.
Brastiņsza zastrzelono 28 stycznia 1942 roku. Ta część akt NKWD, która wskazuje jego miejsce pochówku, nie została odtajniona.

12
Kolejny raz widzimy się z Uģisem dwa lata od pełnoskalowego ataku Rosji na Ukrainę. Opowiada, że od naszego ostatniego spotkania zmieniło się całkiem wiele. Chociaż wcześniej o zainteresowaniu państwa i społeczeństwa diewturibą nie wypowiadał się z wielką satysfakcją, zaszły w tym kontekście zmiany.
Na przykład: dziekanka wydziału teologii zaprosiła przedstawiciela diewturi, aby wziął udział w zajęciach z teologii dla studentów licencjatu. Przyszedł Uģis. Rozmawiali przez całe zajęcia i przerwę. Dwóch studentów opuściło nawet kolejne wykłady, żeby pogadać z diewturi w uniwersyteckiej szatni.
Albo: jeden z religijnych programów telewizyjnych, który doktrynalnie trzymał się opisywania religii abrahamowych, zdecydował, żeby jeden z odcinków poświęcić diewturibie. Kiedy o tym opowiada, Uģis brzmi, jakby nie mógł w to uwierzyć.
Najważniejsza sprawa dotyczy małżeństw, mówi. Diewturi są bardzo blisko uzyskania statusu prawnego, który pozwoli im na udzielanie ślubów. Prawo, które miało to im zagwarantować, przeszło pierwsze czytanie w 2023 roku, za poprzedniej kadencji parlamentu. Po zmianie władzy, niestety, miał miejsce pewnego rodzaju reset — nowy parlament nie odziedziczył tej ustawy. Diewturi mają jednak plan. Znaleźli sposób na podłączenie wniosku o możliwość udzielania ślubów pod procedowaną już ustawę o sądach rodzinnych. Cóż, podobno po pierwszym czytaniu w Łotwie tak można.
Wszystko to dzieje się w momencie, w którym w Łotwie oddziela się grubą kreską Łotyszy od Rosjan. Rosjanie stanowią prawie jedną czwartą mieszkańców kraju. A, jak wiadomo po inwazji na Ukrainę, to nie jest idealna sytuacja dla państwa, które kiedyś było kolonizowane przez Rosję.
Politycy zdają sobie sprawę, że duża mniejszość rosyjska, sprowadzona do Łotwy po rozpoczęciu okupacji kraju w 1940 roku, stanowi problem. Już sam fakt, że ZSRR zdecydował się na rusyfikację, był znaczący i świadczył o dążeniu do całkowitego podporządkowania sobie Łotwy. Po rozpadzie Związku Sowieckiego i odzyskaniu niepodległości rozpoczęto proces derusyfikacji. Władze Łotwy postanowiły nadać obywatelstwo wyłącznie potomkom ludzi, którzy mieli łotewski paszport 17 czerwca 1940 roku, w dniu rozpoczęcia okupacji sowieckiej. Na skutek tego dziewięć procent mieszkańców Łotwy nie jest obywatelami żadnego kraju. Są to osoby rosyjskojęzyczne, które nie przyjęły również rosyjskiego paszportu. To był najbardziej radykalny krok w celu uczynienia Łotwy bardziej łotewską. Kolejnych nie stawiano — ze strachu przed reakcją wielkiego sąsiada.
Aż w końcu stało się coś, co Bartosz Chmielewski z Ośrodka Studiów Wschodnich nazywa „pomnikopadem”. Po 24 lutego 2022 roku nastąpiła kolejna fala desowietyzacji. W trakcie kampanii wyborczej w związku z wyborami do łotewskiego Sejmu, które miały miejsce w październiku 2022 roku, pilnie oczyszczano Łotwę ze wpływów rosyjskich. Symbolicznym ukoronowaniem procesu był demontaż sowieckiego pomnika w ryskim Parku Zwycięstwa, pod którym obchodzono rocznice sowieckiego Dnia Zwycięstwa. Sprzeciw — wyłącznie ze strony mocno prorosyjskich ugrupowań — był minimalny.
W ramach działań desowietyzujących Łotwę próbowano też usamodzielnić łotewską cerkiew, która wcześniej podlegała Moskwie. Zrobiono to za pośrednictwem ustawy, która miała sprawić, że łotewscy prawosławni cieszyliby się całkowitą niezależnością. Za działaniami prawnymi nie szły jednak te religijne. Ani Moskwa, ani Konstantynopol nie uznały niezależności cerkwi łotewskiej, która teraz jest w formalnym czyśćcu — ani niezależna, ani podległa.
Czy jakimś następcą prawosławia, nierozłącznie związanego z imperialną dominacją Rosji, może być diewturiba? Czy może mały renesans łotewskiego neopogaństwa jest odpowiedzią na potrzebę całkowitego uniezależnienia się od byłego kolonizatora — i powtórką z historii międzywojennej Łotwy?
Może. A może nie. Wszystko zależy od Łotyszy. Trudno, żeby diewturiba była tym samym, co za Brastiņsza. Czasy się zmieniły. Teraz nie ma już potrzeby wybierać między prawosławiem a pogaństwem. Można po prostu nie wierzyć, ale niewiara jest niczyja. Prawosławie rosyjskie. Tylko diewturiba jest łotewska.
W diewturibie nie ma rzeczy dobrych i złych. Są mądre i głupie. A z takim sąsiadem Łotwa musi być mądra.
13
Sąd najwyższy Łotwy uniewinnił Brastiņsza z zarzutów postawionych mu przez reżim Ulmanisa. Gdziekolwiek teraz jest, nie musi się już martwić.
Może wrócić do Rygi, gdzie diewturi przyszykują dla niego, obok płyt i pomników, dąb. O kamienne nagrobki nie trzeba dbać. Oni zaś chcą czuć odpowiedzialność.
14
W październiku 2025 łotewski parlament uchwalił prawo Łotewskiego Stowarzyszenia Diewturibicznego. Oznacza to, że diewturi uzyskali między innymi prawo do zawierania małżeństw religijnych. Na zdjęciach z tego dnia widać Uģisa i Andrisa w tradycyjnych strojach w łotewskim parlamencie. Uśmiechniętych — odpowiednio — szeroko i tajemniczo.



