Są książki, które czytamy. Są też takie, o których nie sposób zapomnieć. Oto jedna z nich.

Karol Gromek dociera do granic ludzkiej seksualności, a następnie niepokornie je przekracza. Wbrew temu, co powszechnie uważamy za słuszne, i na przekór wszelkiej poprawności. Z tezami tej książki częstokroć przyjdzie nam się nie zgodzić — podczas lektury większość z nas niejednokrotnie się oburzy, a być może będzie nawet głośno protestować. Pewnych spraw nie chcemy bowiem przyjąć i wolimy po prostu o nich nie myśleć, wolimy odwracać wzrok, nie patrzeć.

12 różnorodnych stylistycznie tekstów, w czterech częściach. 234 strony, niebieski papier barwiony w masie, tłoczenie czarną folią, tłoczenie suche pod obrazek. Zdjęcie wklejane ręcznie: figurka magiczna, okres rzymski, Paryż, Luwr.

Porozumiewamy się przez to, co piękne, a wy nieustannie chcecie ograbiać nasze dziedzictwo, zabrać je dla siebie, udawać, że należy tylko do was. Nie należy. Wszystko to wyrosło z pracy męskiej ręki uszczęśliwionej gładzeniem męskiego torsu. Jedyne, co jakoś nas pociesza, to ta perwersja: to, że ta sama sodomska ręka gładziła marmur, z którego wyjawiło się nagie ciało umęczonego Chrystusa, że być może to ciało było stworzone na wzór nagiego kochanka.

Kartezjusz dotykający czyjegoś ramienia. Kartezjusz gładzący czyjeś włosy. Kartezjusz wsuwający dłoń między czyjeś uda. Jeden gest prowokuje następny. Czytamy: „rozważam go tak, jakbym zdjął z niego okrycie, całkiem nagiego”, i choć to tylko metafora, a w ręku wciąż trzymany jest wosk, to jednak użyty przez filozofa obraz rozebranego, nagiego ciała sygnalizuje — niejako niechcący — że i dla niego to, co zmysłowe i intymne, jest drogą do poznania prawdy.

Nie chodzi nawet o to, że miłość wymaga poświęceń, ale o czystą rozkosz przekształcenia pragnienia zjednoczenia z ukrzyżowanym w czyn. Mistyczne praktyki masochistyczne mają za zadanie wprowadzić podmiot na nieznane drogi ducha. By tam dotrzeć, trzeba otworzyć się na ból. Teresa z Lisieux na pytanie o to, czy bardzo cierpi, odpowie: „Tak, ale ja tego pragnęłam!…”

Zbyt rzadko filozofia przyglądała się palcom muskającym rozpalone ciało i ontologicznej kondycji podmiotu decydującego się na podążanie za swoim seksualnym chceniem. A co jeśli pomyślimy świat jako miejsce realizacji materialnego przylegania do siebie ciał, ocierania się ich i prób wzajemnego przywłaszczania? Świat jako przestrzeń przede wszystkim zmysłową, namacalną — gładką, śliską, chropowatą, lepką, twardą — przestrzeń, która podrażnia moją skórę i z tego podrażnienia rodzi się myśl. Świat, w którym rozkoszują się molekuły, którymi przez ułamek czasu jesteśmy.

Karol Gromek wędruje po obrzeżach ludzkiej seksualności. Znajduje tam brazylijskie travesti, dobrowolnych kastratów, irańskie transciała, czeczeńskich przeżywców i innych bohaterów, którzy postanowili przeżyć swoje życie. Inaczej niż zwykle odnajdujemy tutaj świat, który rządzi się prawami seksualności i seksu — nie tożsamości. Rozgorączkowane ciała, które gotowe są zrobić wszystko, by zrealizować swoje pragnienie.

Erografie to pisanie erotyką albo zapis erotyczności, albo erotyczne pismo będące utrwaleniem striptizu faktów. Erografie to podróże krótkie i dłuższe w celu odkrycia tej wspólnoty, której odmawia się istnienia, wspólnoty pożądania drugiego ciała. Podróże bardziej ontologiczne niż etyczne: oto staje się coś. Jak owo coś się dzieje i dlaczego w ogóle zaistniało?

Tak więc przyczyn podporządkowania kobiet nie należy szukać w kulturowych i zwyczajowych zawiłościach płciowych; nie jest to też czysto arbitralne zjawisko. Jego źródło znajduje się w samej anatomii — w tym, że jej ciało jest otwarte, podczas gdy ciało mężczyzny jest zamknięte. Trudniej stanowić o sobie, gdy ktoś może do tego ciała wejść. Kobieta nie wchodzi do ciała mężczyzny — ono jest nienaruszone. Mężczyzna aktywnie podejmuje działanie, a kobieta się temu poddaje. Nic więc dziwnego, że tak ustawiona energia emanuje z aktu seksualnego na wszystkie pola społeczne.

I najważniejsze: ludzkie chcenie. Nonszalanckie, silne, natychmiastowe, czasami bardzo uparte. To, co konstytu­uje nasze bycie w świecie, to właśnie chcenie, bez żadnego wysiłku wymykające się rozumowi, który chciałby kalkulo­wać. Chcenie jest wolne od kalkulacji. Szaleństwo ciała, które wrzuca się w miejsca i sytuacje prowadzące do jakiegoś, być może chwilowego, spełnienia. Jak poczuć, że jestem, naprawdę jestem? Jak odczuć, że moje materialne ciało naprawdę ist­nieje i ma się dobrze? To coś ze środka czegoś chce i jest nie­ustępliwe; napina mięśnie, każąc dążyć do realizacji celu.

Homoseksualne istoty płodzą poza ciałem. Konieczność płodzenia realizują, tworząc to, co piękne. Z resztek stwarzają rzeczy. W ten sposób uczestniczą w stwarzaniu świata, dekorują go, jakby chciały, by w chwili upadku był odświętnie ubrany. Ci, co nie chcą płodzić poezji i sztuki, mają nieco trudniej. Muszą oddawać się kompulsywnemu kopulowaniu lub zajmować się własnym ciałem — rzeźbić je jak najcenniejszy posąg. Dzięki twoim zakazom i przemocy to wszystko może się wydarzyć. To ty mnie pobudzasz do kwitnięcia. Ściskasz owoc tak mocno, że wychodzi z niego miąższ, bebechy. I ja tym dekoruję twój pokój i twoją wyobraźnię.

Karol Gromek

Przyjemność i ból oraz ich manifestacje są właśnie tym, co pozwala współuczestniczyć w świecie wraz z innymi żywymi istotami, ponieważ niezależnie od tego, czy jesteś dwunastoletnim chłopcem, osą, krową mleczną czy dorodnym zamiokulkasem, chcesz dla siebie dobrze i nie chcesz dla siebie źle, przy czym to dobro i zło nie ma — jak na razie — nic wspólnego z etyką; jest chceniem.

Doktorant w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych UAM. Absolwent filozofii i polonistyki UJ. Przygotowuje rozprawę o kobiecej mistyce przeżyciowej XIX i XX wieku w Polsce. Publikował w „Tekstach Drugich”, „Etyce”, „Tekstualiach”, „Dialogu”,„Przestrzeniach Teorii” i „Czasie Kultury”. Stypendysta Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego dla młodych naukowców. Jego zainteresowania badawcze dotyczą teorii poststrukturalizmu, zagadnień ciała wraz z jego sensorium oraz mistyki chrześcijańskiej. Współautor — z Marceliną Obarską — Historii dotyku (2023) i autor Erografii (2024).

Penetracja nie jest ruchem myśli — jest działaniem bezwolnym, odkryciem ciała, które przygotowuje się do zadania postawionego przez Kosmos. Jest wyznaniem wiary w istnienie istoty rzeczy. We wnętrzu penetrowanego podmiotu ma się kryć jego skarb, który nie będzie niczym innym jak umożliwieniem penetrującemu powrotu do łona matki — miejsca, gdzie jeszcze był bezpieczny.

Mężczyzna porusza się po szachownicy zupełnie dowolnie, a gdy istota słabsza wchodzi mu w drogę, zawsze może użyć pięści. Jego poddanymi są słabsi, ale rzeczywistość też jest mu poddana. Mężczyzna ściąga z kobiety sukienkę, zabiera jej buty, chwyta za biodra i piersi, ale nie po to, by dać jej przyjemność, ale by zabrać je dla siebie. W tym akcie kradzieży stawanie się kobietą okazuje się banalnie proste. Jej upokorzenie to jego triumfalny orgazm.

W pełnym oddaniu rozkładają się przed sobą ciała, z których jedno jest nosicielem. Robią to naumyślnie, choć to trudne do przyjęcia. Ten strach ich podnieca. A co, jeśli wszystko wydarzy się w ciemnych podziemiach i nawet nie pozna się twarzy tego, który obdarował śmiercią? Wtedy jest jeszcze piękniej. Teraz można złączyć się z braćmi — tymi, którzy już umarli, oddając się kilkadziesiąt lat temu libertyńskiej, śmiertelnej miłości. Wirus pozostaje znakiem przynależności, którego nie sposób wymazać. HIV-Eros jest dla homoseksualnego podmiotu potomkiem.

„Widzę płeć i seksualność jako koła, które w swoim wnętrzu zawierają wszelkie przejawy tych na wskroś ludzkich doświadczeń. Nie interesuje mnie jednak ten środek — może poza samym środkiem — ale raczej linia, która tworzy okrąg. A przecież z lekcji matematyki wiem, że koło to nic innego jak tysiące punktów stojących blisko siebie — tak blisko, że zaczynają tworzyć łańcuch. Właśnie te punkty-doświadczenia zajmują mnie najbardziej — one wyznaczają kresy płci i seksualności. To one utrzymują je w porządku, o którym niektórzy mówią, że nie istnieje. One — podobnie jak reflektory na skrajach boiska — oświetlają pole gry. Te punkciki to travesti wyczekująca klienta, modelka pozująca do pornograficznego magazynu, biały Europejczyk, który marzy o odcięciu swojego członka, czeczeński homoseksualista decydujący się na randkę, choć wie, że może go za to spotkać śmierć. Wiem, że te punkty należą do innych światów — innych kultur i historii — ale w tym przypadku liczba mnoga jest tak naprawdę złudzeniem. Interesuje mnie ludzka istota i to, do czego jest zdolna, by zrealizować swoje chcenie. Jasne, jej położenie niejako buduje tor przeszkód do realizacji owego pragnienia, ale w żaden sposób nie zakłóca obrazu pożądającego ciała. Nie wiem, czy wyraziłem się jasno. Może inaczej: zamieszkiwanie pożądania w ludzkim ciele jest zawsze takie samo — jak miejsce serca w klatce z żeber”.

Towarzystwo Naukowe im. Stanisława Andreskiego tworzą badacze, artyści, studenci i osoby związane ze światem książek. Wydajemy wysokojakościowe publikacje naukowe i popularnonaukowe, zmuszające do krytycznego myślenia, prowokujące rzeczowe dyskusje i dążące do prawdy, nawet jeśli stawiają one niewygodne pytania. Jedną z tych publikacji jest książka Karola Gromka. Kupując ją, dajesz znam znać, że wykonujemy dobrą robotę!

Zdjęcie na okładce: Figurka magiczna, okres rzymski (E27145a), Paryż, Luwr.
© Musée du Louvre, Dist. GrandPalaisRmn / Georges Poncet

Bohater o tysiącu twarzy i Gwiezdne wojny

Około dziesięciu lat temu postanowiłem napisać film dla dzieci – miałem pomysł na stworzenie współczesnej baśni. Moi przyjaciele dookoła mówili: „Co ty robisz? Zwariowałeś. Musisz zrobić coś ważnego. Musisz zrobić coś społecznie istotnego. Musisz stworzyć sztukę przez duże S. Musisz robić to, co my robimy”. Pracowałem wtedy nad projektem o Wietnamie (Czas apokalipsy), ale porzuciłem go – oddałem go mojemu przyjacielowi [Francisowi Coppoli] i powiedziałem: „Ja muszę zrobić ten film dla dzieci”.

 

Nie wiedziałem wówczas, co właściwie robię. Zacząłem pracować, zbierać materiały, pisać – minął rok. Napisałem wiele wersji tego scenariusza, aż natrafiłem na Bohatera o tysiącu twarzy. Dopiero wtedy naprawdę udało mi się skupić. Gdy przeczytałem tę książkę, powiedziałem sobie: „Przecież właśnie to robiłem. To jest to”. Czytałem wcześniej innych autorów — freudystów — a oprócz tego miałem za sobą całkiem sporą dawkę Kaczora Donalda, Sknerusa McKwacza i innych mitycznych bohaterów naszych czasów. Ale Bohater o tysiącu twarzy był pierwszą książką, która zaczęła porządkować to, co dotąd robiłem intuicyjnie. Zobaczyłem wiele paralel i zacząłem fascynować się całym tym procesem, a w konsekwencji sięgnąłem po kilka innych książek — The Flight of the Wild Gander, The Masks of God — i pisałem dalej.

 

Cały ten proces trwał latami. I tak, jak mówię, przez długi czas krążyłem w kółko, próbując wymyślić opowieść; scenariusz rozłaził się we wszystkie strony i w końcu miałem setki stron. To właśnie Bohater o tysiącu twarzy sprawił, że te około 500 stron nagle zmieniło się w jedną historię. Tu jest opowieść. Tu jest koniec. Tu jest punkt ciężkości. Tak to wszystko jest ułożone. To wszystko istnieje od tysięcy lat, jak wskazywał Campbell. I powiedziałem sobie: „To jest to”. Po przeczytaniu kolejnych książek Joego zacząłem rozumieć, jak to zrobić. Wtedy uświadomiłem sobie, jak ogromny był jego wkład w moją pracę. Przeczytałem te książki i pomyślałem: „Oto całe życie badań, lata pracy, skondensowane do kilku tomów, które mogę przeczytać w parę miesięcy – a które pozwalają mi ruszyć naprzód i nadać kierunek mojej twórczości”. To było wielkie osiągnięcie i miało dla mnie ogromne znaczenie. Możliwe, że gdybym na niego nie trafił, wciąż pisałbym Gwiezdne wojny.

 

O niektórych autorach można powiedzieć, że ich dzieła są ważniejsze niż oni sami. Ale w przypadku Joego — choć jego dzieła są wielkie — nie mam najmniejszych wątpliwości, że jego twórczość nie jest większa niż on sam. To naprawdę wspaniały człowiek, który stał się moim Yodą.

 

George Lucas, National Arts Club, 1985.

 

Fragment zaczerpnięty z książki The Hero’s Journey.

Used with permission from the Joseph Campbell Foundation (jcf.org) — za uprzejmą zgodą Joseph Campbell Foundation (jcf.org).