Prof. Andr(z)e(jew)ski wśród czarownic

Na jakiej uczelni można dziś studiować retorykę? W jakich laboratoriach przeprowadza się dziś eksperymenty alchemiczne? Kto dziś poważnie zajmuje się astrologią? Od czasu do czasu pewne dziedziny wiedzy obumierają śmiercią naturalną, gdy się okazuje, że nie są w istocie żadną wiedzą. Postępu nauki nie można zobrazować linią prostą: są to raczej zawroty, skręty i odwroty ze ślepych uliczek.

Na jakiej uczelni można dziś studiować retorykę? W jakich laboratoriach przeprowadza się dziś eksperymenty alchemiczne? Kto dziś poważnie zajmuje się astrologią? Od czasu do czasu pewne dziedziny wiedzy obumierają śmiercią naturalną, gdy się okazuje, że nie są w istocie żadną wiedzą. Postępu nauki nie można zobrazować linią prostą: są to raczej zawroty, skręty i odwroty ze ślepych uliczek.

W naszych czasach powstały dyscypliny zwane dziś psychologią, antropologią i socjologią. One to w dużej mierze zastąpiły teologię w roli dyscypliny badającej sytuację człowieka jako jednostki, jako członka grupy i jako istoty zagubionej w wszechświecie. Z tych trzech dziedzin socjologia jest najmłodszą i najbardziej dziś popularną dyscypliną naukową; jest też chyba dyscypliną z nich najbardziej kontrowersyjną, gdyż, podobnie zresztą jak psychologia i antropologia, operuje na pograniczu humanistyki i przyrodoznawstwa.

Wzorem prawdziwej wiedzy są nauki przyrodnicze, dlatego, że potrafią wykazać się doraźnymi wynikami i obliczyć z góry bieg wydarzeń. Ambicją socjologa jest mieć taką znajomość badanych przez niego społeczeństw lub systemów politycznych, aby na jej podstawie móc przewidzieć rozwój wydarzeń z taką samą dokładnością, z jaką astronom kalkuluje zaćmienie słońca. Dlatego też socjolodzy próbują sprowadzić wyniki swych badań i rozważań do równań matematycznych i widzą w tej metodzie konieczny krok na drodze uściślenia wiedzy o człowieku.

Niestety prawa rządzące poczynaniami ludzi zdają się tak skomplikowane, że wszelkie próby ich redukcji do stałych matematycznych stosunków zdają się skazane na niepowodzenie. Ale czy rzeczywiście — zapyta ktoś — badacze ludzkich organizacji, społeczeństw, kodów moralnych i przekonań politycznych, nie mogą nam nic mądrego powiedzieć, jeśli ich konkluzje nie są oparte na bardzo ścisłych obliczeniach? Być może w tej dziedzinie winniśmy zastosować mniej wymagające pojęcie ścisłości.

Socjolodzy jednak słusznie podejrzewają, że jeśli rozluźnią swoje kryteria naukowe, posądzeni zostaną, że są po prostu powieściopisarzami drugiej kategorii, którzy próbują ukryć brak talentu pod powłoką naukowego żargonu oraz imponująco wyglądających tabel statystycznych, wykresów i cyfr. Oto dylemat, wobec którego staje współczesny badacz człowieka jako istoty społecznej.

Stanisław Andrzejewski*, który jest profesorem socjologii na uniwersytecie w Reading w Anglii, wydał właśnie książkę** o prowokującym tytule Social Sciences as Sorcery, Londyn 1972, (Nauki społeczne czyli czarodziejstwo), w której utrzymuje, że większość współczesnych socjologów, stojących wobec opisanego właśnie dylematu, stara się otumanić świat naukowy pozorami wiedzy. Tu głównym przedmiotem ataku jest sam Claude Lévi-Strauss. Andrzejewski przytacza Lévi-Straussa analizę mitu, która oparta jest na różnego rodzaju zdaniach pozornie matematycznych. „Pozornie” dlatego, że Lévi-Strauss posługując się konwencjonalnym znakowaniem matematycznym, nie przestrzega bynajmniej uzgodnionych w tej dziedzinie reguł. Ponieważ, zdaniem Andrzejewskiego, tak socjolodzy, jak przeciętny czytelnik zainteresowany antropologią, ma bardzo słabe rozeznanie w matematyce, przyjmują oni czarodziejskie inkantacje Lévi-Straussa na wiarę.

Ale bardziej jeszcze niepokojące, zdaniem Andrzejewskiego, jest przekonanie wśród wielu socjologów, że w pełni neutralny opis badanych przez nich zjawisk jest możliwy. Małpując matematyków socjolodzy tworzą rzekomo kompletnie zneutralizowane opisy systemów politycznych, fałszując rzeczywistość w bardzo niebezpieczny sposób. Tak, na przykład, w utartym żargonie socjologów stosunek między rządem a obywatelami wyrażany bywa następująco: obywatele popierają rząd w zamian za spełnianie przez rząd pewnych usług. Tu termin „popierają” ma rzekomo mieć znaczenie czysto opisowe, neutralne, zbliżone do słowa „podpierają” w zdaniu „kolumny podpierają krużganek”. Ale kompletna neutralność w opisie stosunków międzyludzkich nie jest możliwa. Jasne jest, że rządów Hitlera nie można przyrównywać do rządów Brandta, a takie przecież porównanie z konieczności nasuwa się, gdy w zneutralizowanym języku socjologii politycznej pisze się, że w jednym i drugim wypadku zachodzi stosunek popierania rządu w zamian za spełnianie usług. W podobny sposób, argumentuje Andrzejewski, zachowanie przestarzałych definicji kluczowych pojęć społecznych prowadzi do zupełnie błędnych analiz zasadniczych problemów. Komuniści, na przykład, posłują się marksistowską definicją „klasy”, wedle której przynależność klasową ocenia się w zależności od tego, czy dany człowiek Jest posiadaczem, czy nie. W Związku Sowieckim ani zwyczajny robotnik, ani wysoki urzędnik, nie jest posiadaczem, wobec czego, wedle definicji, obaj należą do tej samej klasy, co z kolei prowadzi do fałszywego wniosku, że obaj mają się równie dobrze. A natomiast z niektórych amerykańskich prac socjologicznych wyrugowano termin „klasa” i zastąpiono go bardziej
oderwanym, pozbawionym uczuciowego zabarwienia, pojęciem „stratyfikacji”, aby tą drogą zakamuflować poważne różnice społeczne w Stanach Zjednoczonych.

Pseudo-neutralny język socjologów pełni więc, zdaniem Andrzejewskiego, podwójną funkcję. Nie tylko daje pozór naukowej obiektywności, ale równocześnie, właśnie dzięki zneutralizowanej terminologii, efektywnie ukrywa istotę problemów społecznych, które są w danym wypadku przedmiotem badań. A ponieważ badania socjologiczne są w dużej mierze finansowane przez agencje rządowe lub fundacje prywatne — tu Andrzejewski ma na myśli głównie Stany Zjednoczone — badacze mogą tak zredagować swoje wnioski, że wszelka krytyka rządów, ministerstw czy ugrupowań społecznych, rozpływa się pod nawałem zawiłej pseudo-naukowej terminologii.

W dziedzinie nauk przyrodniczych nie jest już dziś chyba tajemnicą dla żadnego pracownika na tym polu, że metoda naukowa nie polega na pedantycznym zbieraniu faktów, na podstawie których, po czasie, można indukcyjnie wysnuć jakąś zasadę czy prawo. Przeciwnie, każdy kompetentny badacz operuje na zasadzie apriorycznie sformułowanej hipotezy, którą systematycznie poddaje próbie eksperymentu i obserwacji. Ale, jak wynika z książki Andrzejewskiego, lekcji tej nie nauczyli się jeszcze socjolodzy. Wciąż myślą, że żmudne kolekcjonowanie faktów zapewni ich badaniom obiektywność. Andrzejewski konkluduje, że socjologom przydałaby się tu gruntowna znajom filozofii, zwłaszcza anglo-amerykańskiej filozofii analitycznej. Nauczyliby się poprawnego wnioskowania, wyrobiliby sobie odpowiednią metodologię. Celem filozofii jest dążność do prawdy za wszelką cenę: podobny cel winna mieć socjologia. Ale uwagi Andrzejewskiego o pojęciu prawdy wskazują, że jest pesymistą:

Nawet jak najbardziej powierzchowny przegląd ludzkich przekonań uczy, że człowiek nie posiada żadnej wrodzonej inklinacji do szukania prawdy; oraz, że absurd i ciemnota bynajmniej człowieka nie odpychają! Przeciwnie, dla większości ludzi ciemnota i absurd stanowią pokusę nie do przezwyciężenia. Składa się na to wiele powodów, ale najbardziej powszechnym jest fakt, że klarowność i logika narzucają naszemu myśleniu poważne ograniczenia, które chronią myślenie od uległości wobec pożądliwości, nienawiści i kaprysów.

Andrzejewski pisze żywo, z pasją burzyciela nadętych wielkości. Zapewne ma rację, że socjologia i psychologia są dziś dziedzinami, w których łatwo jest szarlatanom i mistyfikatorom robić kariery. Ale zacięcie demaskatorskie popycha go w skrajność, tak, że sam nie zawsze przestrzega zasad poprawnego rozumowania. Oto kilka przykładów.

(1) Na str. 26 autor pyta: „Jaka dziedzina wykazuje w Stanach Zjednoczonych najmniej sprawności? W jakiej dziedzinie zatrudnia się największą ilość psychologów i socjologów? Odpowiedź jest prosta: w szkolnictwie. A w jakiej dziedzinie gatunek wytworu zdradza najostrzejszy spadek? W jakiej dziedzinie liczba psychologów i socjologów wzrasta najszybciej? W szkolnictwie”. Andrzejewski próbuje nas tu przekonać, że wzrost ilości psychologów i socjologów przyczynił się do upadku amerykańskiego szkolnictwa. Równie dobrze można by argumentować, że przyczyną upadku jest wzrost ilości ławek szkolnych. Postawienie obok siebie dwóch wykresów statystycznych nie jest przecież samo przez się dowodem istnienia między nimi przyczynowego związku.

(2) Na str. 33–34 czytamy, że: „Możność wpływu zdań opisowych na postępowanie ludzi nie jest oczywiście ograniczona do polityki… Kryminolog, który informuje publiczność o ilości niewykrytych przestępstw być może zachęca potencjalnych przestępców… Jeśli wmówimy społeczeństwu, że nauka wykryła, iż człowiek jest motywowany wyłącznie dążeniem do materialnej poprawy, społeczeństwo będzie skłonne dostosować się do tych przewidywań i tą drogą podważymy gotowość obywateli do działania zgodnie z altruistycznymi ideałami”.

Teza ta, gdyby ją zastosować systematycznie i powszechnie, doprowadziłaby do kompletnej cenzury, gdyż każda informacja może mieć ujemny wpływ na postępowanie obywateli. Andrzejewski zdaje się sądzić, że wystarczy cenzura wiadomości demoralizujących, ale przecież nawet państwowotwórczy komunikat, głoszący, że „Partia wybudowała już pół miliona domków jednorodzinnych” może podziałać jak najbardziej nieprzychylnie na obywateli, którzy stoją w kolejce daleko za tym pół milionem uszczęśliwionych. Z drugiej strony, wbrew temu co sądzi Andrzejewski (i władcy państw totalitarnych), uczciwy system informacji może dać wyniki bardzo pozytywne. Gdyby po dojściu do władzy Hitler ogłaszał regularnie dane dotyczące zbrojeń i obozów koncentracyjnych, może uniknęlibyśmy wojny światowej.

(3) Andrzejewski widzi ideał uczciwego rozumowania w klarownej prozie Hume’a, Spencera i Russella, pomstując jednocześnie dość naiwnie na „mgławice” (str. 208) Hegla, Marksa, Husserla i (na str. 84) Lévi-Straussa. Oczywiście, dobrze by było, gdyby tajniki osobowości ludzkiej i ludzkich społeczeństw dały się wytłumaczyć całkiem przejrzyście. Słusznie więc autor nawołuje socjologów, by uczyli się od filozofów angielskich jasnego wykładu i poprawnego rozumowania.

Zasadniczym zagadnieniem filozoficznym dla socjologa jest, czy jego dyscyplina jest nauką, rozumiejąc przez to „systematyczne badanie którego celem jest dostarczanie uważnych opisów uzasadnionych wyjaśnień i uogólnień popartych faktami” (str. 23). Andrzejewski uważa, że taką definicję możemy zastosować do socjologii, pod warunkiem, że „nie przyjmiemy powszechnego determinizmu za nieodzowną podstawę badan działalności ludzkiej”.

Niestety bardzo zwięzłe uwagi autora o determinizmie wykazują poważne uproszczenia i pomieszanie pojęć, zadziwiające u autora, który tak ostro krytykuje socjologów za brak filozoficznego przygotowania. Andrzejewski nie rozróżnia między determinizmem w sensie, że każde zjawisko musi mieć jakąś przyczynę, a nabrzmiałym w poważne dla nas konsekwencje sensem, że człowiek nie panuje nad własnym losem i że wobec tego odpowiedzialność osobista jest mrzonką. Ponadto Andrzejewski identyfikuje zakres determinizmu z zakresem naszej wiedzy. To znaczy, że determinizm powszechny mógłby być dowiedziony tylko w razie, gdybyśmy posiadali wiedzę absolutną, ale ponieważ z konieczności wiedza nasza jest ograniczona, determinizm nie istnieje. Dla Boga (jeśli istnieje) determinizm jest faktem, dla nas nie: determinizm zatem istnieje i nie istnieje!

Astronom prawidłowo przepowiadający zaćmienie słońca zakłada determinizm jako hipotezę: nie posiadając absolutnej wiedzy może więc jednak poprawnie przewidzieć przyszłość. Podobnie, znając z obserwacji moje upodobania, moja żona prawidłowo przewiduje, że kieliszek dobrego wina sprawi mi przyjemność. Z jednej strony astronom nie ma żadnego wpływu na przebieg zaćmienia, z drugiej strony ja nie czuję, że moja swoboda działania została ograniczona faktem, że przyczyna mojej przyjemności przyszła z zewnątrz i wobec tego nie podlegała mojej kontroli. Co więcej, gdyby astronom zaćmienia nie przewidział, zaćmienie i tak miałoby miejsce, a ja cieszyłbym się kieliszkiem wina, nawet gdyby żona podała mi go przypadkowo, nie zdając sobie sprawy, że sprawia mi przyjemność. Innymi słowy, pewne związki przyczynowe istnieją, niezależnie od tego czy są powszechnie znane, a ich istnienie samo przez się nie wyklucza tezy, że w wielu wypadkach działamy nieprzymuszenie z własnej woli.

Adam Czerniawski

Recenzja pierwotnie ukazała się w paryskiej „Kulturze”, w numerze 10(313) z 1973 roku, na s. 165–169. Na stronach Towarzystwa Naukowego im. Stanisława Andreskiego publikujemy ją za uprzejmą zgodą Autora oraz Institut Littéraire „KULTURA’”.

* Na okładce autor figuruje jako „Stanislav Andreski”. To groteskowe i świadome zniekształcenie pięknie brzmiącego nazwiska, podobnie jak metamorfoza Jerzego Pietrkiewicza w „Peterkiewicza”, dowodzi braku wrażliwości w stosunku do obszaru kultury, w którym te nazwiska zaistniały. Jeżeli rzeczywiście są to nazwiska ponad siły Anglosasów — którzy jednakoż z „Czerniawskim” dają sobie jakoś radę — należało je konsekwentnie zanglizować na, powiedzmy, „Andrewsa” i „Petersona”. [Stanisław Adreski w numerze 12(315) w 1973 roku odpowiedział w Listach do redakcji: „Będę wdzięczny za wydrukowanie tego listu albowiem chciałbym publicznie podziękować Panu Adamowi Czerniawskiemu za to, że w swojej recenzji mojej książki (opierając się na autorytecie swej rozległej wiedzy) zwrócił mi uwagę na niskie estetyczne walory mego nazwiska. Szczególnie cenna jest jego rada, abym zmienił Andreski na Andrews, albowiem w rzeczywistości afiszowanie się polskim pochodzeniem w karierze nie pomaga. Szczególnie niemile widziane jest jeżeli emigrant z zacofanego kraju mądruje się na ogólne tematy, zamiast pozostawić takie sprawy do roztrząsania członkom narodów bardziej rozwiniętych, i ograniczyć się do naglących problemów własnego ludu. Lecz, niestety, mam pewne trudności w zastosowaniu się do dobrej rady p. Czerniawskiego, ponieważ mój akcent nadal wzbudzałby podejrzenia, że urodziłem się gdzieś we Wschodniej Europie. Niemniej objawiło mi się szczęśliwe rozwiązanie, które pozwoli na zatuszowanie mego pochodzenia z upośledzonego narodu, bez narażania się na podejrzenia, że bezpodstawnie podszywam się pod angielskość: a mianowicie przyszło mi na myśl zmienić Andreski na Andreyev. Więc jeżeli kiedyś wpadnie panu Czerniawskiemu do ręki książka pod nazwiskiem Leonid F(iofiłowicz) Andreyev — to niech pamięta, że autorem jej jest jego niżej podpisany rodak Stanisław Leonard Andrzejewski alias Stanislav Andreski. Łączę wyrazy poważania, Stanisław Leonard Andrzejewski” — przyp. red. TNSA].

** Oczywiście autor, Adam Czerniawski, w całym swoim tekście powołuje się na wydanie oryginalne, angielskie — przyp. red.

Adam Czerniawski — poeta, prozaik, krytyk literacki, tłumacz, rzecznik kultury polskiej na świecie. Urodził się 20 grudnia 1934 roku w Warszawie. Zmarł 29 lutego 2024 roku w Monmouth, Wales. W czasie okupacji, w 1941 roku wyjechał z matką do Stambułu, potem do Palestyny. Uczył się w Tel Awiwie, Jerozolimie, Bejrucie i polskiej Junackiej Szkole Kadetów w obozie Barbara w Palestynie. W 1947 przybył do Wielkiej Brytanii, gdzie ukończył liceum oraz studia humanistyczne na uniwersytetach w Londynie, Sussex i Oxfordzie (anglistyka i filozofia). Współpracował z wieloma emigracyjnymi wydawnictwami i czasopismami literackimi (m.in. „Wiadomości”, „Kultura”, „Oficyna Poetów”), był założycielem (w 1959) i redaktorem naczelnym „Kontynentów”. W latach 1955–57 pracował w Monachium w Sekcji Polskiej Głosu Ameryki. Po 1956 roku publikował też w prasie i wydawnictwach krajowych. Pracował na wielu uczelniach angielskich jako wykładowca filozofii (Thames Polytechnic w Londynie), i literatury (Medway College of Design w Rochester); dla brytyjskiego radia opracowywał audycje o kulturze polskiej; w latach 1957–65 był zatrudniony w przedsiębiorstwie asekuracyjnym; był też zastępcą kierownika ośrodka studiów translatorskich na uniwersytecie w East Anglia, oraz administratorem szkockiego zamku.
×