Piątego maja 2004 roku odebrałem telefon od Rona Reimera, ojca Davida. W ciągu czterech lat, które upłynęły od publikacji książki Bruce, Brenda, David, utrzymywałem z rodziną Reimerów sporadyczny kontakt — najczęściej rozmawiałem z samym Davidem albo z jego żoną, Jane, zwykle w sprawach związanych z książką. Telefon od Rona był czymś nieoczekiwanym, a ton jego głosu nie pozostawiał złudzeń: nie miał dla mnie dobrych wieści.
— David wczoraj odebrał sobie życie — powiedział. — Zastrzelił się w samochodzie.
Wiadomość o tym, że David popełnił samobójstwo, była wstrząsająca. Nie mogę jednak powiedzieć, że jakoś szczególnie mnie zaskoczyła. Widmo samobójstwa unosiło się nad jego życiem od wczesnego dzieciństwa. Miał zaledwie sześć lat, gdy zespół psychiatryczny z Winnipeg dostrzegł u Brendy — bo tak wówczas nazywano Davida — objawy często towarzyszące tendencjom samobójczym: depresję, ataki paniki, głęboki lęk. We wczesnym okresie dojrzewania psychiatrzy postawili formalną diagnozę depresji; to właśnie myśli samobójcze czternastoletniej Brendy skłoniły Mary McKenty do wysunięcia stanowczego żądania, by rodzice ujawnili jej prawdę o okolicznościach jej narodzin — aby mogła spróbować zmierzyć się z uczuciem zagubienia i wewnętrznym zamętem. A jednak Brenda zdołała odnaleźć swoją prawdziwą, męską tożsamość. Jako David znalazł w sobie odwagę i siłę, by ułożyć sobie życie — ożenić się i dzięki adopcji zostać ojcem. Lecz nawet wtedy, gdy osiągnął upragnioną „normalność”, demony przeszłości nie zniknęły. Prześladowany wspomnieniami zniszczonego dzieciństwa, wielokrotnie groził, że odbierze sobie życie. Na krótko przed tym, jak Milton Diamond odkrył jego tożsamość i zaprosił go do udziału w dalszych badaniach nad jego przypadkiem, David próbował popełnić samobójstwo, wdychając spaliny z zaparkowanego w garażu samochodu. W porę odnalazła go Jane.
Nie sposób więc było pisać o Davidzie ani przeprowadzać z nim wywiadów, nie mając świadomości, jak burzliwe było jego wewnętrzne życie i jak niepewna była ścieżka, po której kroczył. Mroczne nastroje spadały na niego nagle, jakby znikąd, i całkowicie go pochłaniały. Jego gniew, frustracja i uczucie upokorzenia z powodu tego, co mu uczyniono — złość na własną, dosłowną i metaforyczną impotencję — były dla jego bliskich czymś przerażającym i bolesnym. Niejeden raz podczas naszych rozmów pytałem Davida, czy naprawdę czuje się na siłach wracać do swojej koszmarnej przeszłości; zawsze jednak upierał się, że te rozmowy są dla niego jak terapia — a poza tym był zdeterminowany, by uświadomić światu, jak ponurą porażką zakończył się przeprowadzony na nim eksperyment. Traktowałem jego misję poważnie. Podzielałem jego oburzenie na fakt, że zafałszowane przedstawienie jego przypadku przez Johna Moneya doprowadziło do podobnych aktów przypisania błędnej płci tysiącom innych dzieci. Zgadzałem się z Davidem, że warto było podjąć ryzyko związane z naszym wspólnym przedsięwzięciem, jeśli miało to zaalarmować środowisko medyczne i naukowe co do rzeczywistego wyniku eksperymentu w tym wyjątkowym przypadku. A ponieważ David zawsze podnosił się po swoich załamaniach — jego wewnętrzny krajobraz rozjaśniał się równie szybko, jak wcześniej ciemniał — wierzyłem, a może raczej miałem nadzieję, że zawsze znajdzie w sobie jakiś powód, by żyć.
Eksperci podkreślają, że większość samobójstw ma więcej niż jedną przyczynę — nakładają się one na siebie i uderzają w człowieka jak tsunami. Tak było i w przypadku Davida. Jednym z najważniejszych czynników pogłębiających jego cierpienie w ostatnich latach życia była nagła śmierć brata, Briana, wiosną 2002 roku. Brian od dawna staczał się po równi pochyłej. Podobnie jak ich matka, zmagał się z cyklicznie powracającą depresją, zaostrzaną przez chaos i nieszczęście, które ogarnęły rodzinę po tragicznym wypadku podczas obrzezania Davida i późniejszej zmianie jego płci. Już jako szesnastolatek Brian podjął próbę samobójczą, wypijając żrący środek do udrażniania rur; w kolejnych latach popadł w alkoholizm, próbując w ten sposób uśmierzyć własny ból. Podobnie jak David, doświadczał okresów względnej stabilizacji — potrafił utrzymać pracę, założyć rodzinę, być mężem i ojcem. Jednak gdy sprawa Davida ponownie trafiła na pierwsze strony gazet, a jego historia znów stała się przedmiotem publicznej uwagi, coś w Brianie pękło. Dawne urazy i tłumiona wrogość, naznaczające jego dzieciństwo, powróciły ze zdwojoną siłą. Alkoholizm, który z takim trudem udało mu się kiedyś pokonać, znów wymknął się spod kontroli. Brian stracił pracę, małżeństwo i prawo do opieki nad dziećmi. Wiosną 2002 roku znaleziono go martwego w niewielkim mieszkaniu, które wtedy wynajmował. Z raportu koronera wynikało, że przyczyną śmierci była toksyczna kombinacja leków przeciwdepresyjnych i alkoholu. Śmierć Briana uznano za wypadek.
Gdy Brian postanowił odebrać sobie życie, bracia byli ze sobą skłóceni. David nie potrafił znieść alkoholizmu Briana; Brian z kolei miał żal do Davida, że ten nie chciał go ratować z coraz poważniejszych kłopotów finansowych. Ich spory nie były niczym nowym. David i Brian sprzeczali się i ścierali od dzieciństwa — jak zawsze mi się wydawało, napędzani wzajemną zazdrością. Brian zazdrościł Davidowi uwagi, jaką ten przez całe życie przyciągał z powodu swoich problemów medycznych; David zazdrościł Brianowi, bo w jego oczach brat był szczęściarzem: miał zdrowe genitalia i mógł mieć biologiczne dzieci. A jednak, mimo tego nierozwiązywalnego emocjonalnego impasu, który leżał u podstaw ich relacji, łączyła ich szczególna, niemal nadnaturalna bliskość, często obserwowana u bliźniąt jednojajowych. Obaj powiedzieli mi, że potrafią niemal czytać sobie w myślach. W ostatecznym rozrachunku pozostawali jedną drużyną — zawsze polegali na sobie nawzajem, by przetrwać swoje tragiczne dzieciństwo: wizyty w Jednostce Badań Psychohormonalnych Moneya, burzliwe małżeństwo rodziców, depresję matki i alkoholizm ojca. Ta głęboka więź sprawiała, że zawsze do siebie wracali, bez względu na to, jak gwałtowne były ich dorosłe kłótnie. Jednak gdy Brian zmarł, David nie miał już żadnej możliwości naprawienia tej relacji i musiał dźwigać przytłaczające poczucie winy. Według jego rodziców po śmierci Briana nigdy już nie był tym samym człowiekiem. Popadł w depresję i zaczął coraz częściej odwiedzać grób brata, zostawiając tam kwiaty oraz — na krótko przed własną śmiercią — list.
Pod koniec w życiu Davida pojawiły się też inne czynniki stresogenne. Kiedy w 1997 roku spotkałem go po raz pierwszy, miał stałą, dobrze płatną pracę fizyczną — był sprzątaczem w rzeźni. Praca była ciężka i niebezpieczna: wymagała używania silnie toksycznych i łatwopalnych rozpuszczalników chemicznych, które przy niewłaściwym zmieszaniu mogły eksplodować mu w twarz albo uwolnić do powietrza śmiercionośne gazy. Do jego obowiązków należało także wspinanie się między ogromnymi ostrzami tnącymi i turbinami potężnych przemysłowych maszyn do mielenia mięsa. David pracował na nocnej zmianie — była to harówka ponad siły — a jednak lubił tę pracę; dawała mu poczucie dumy. Ze swojej pensji był w stanie utrzymać rodzinę, cenił też koleżeństwo współpracowników. Dlatego zamknięcie zakładu kilka lat później i utrata pracy stały się dla niego źródłem niepokoju. Nie znalazł już nigdy innego zatrudnienia na pełen etat. W gruncie rzeczy nie musiał. Zyski ze sprzedaży książki Bruce, Brenda, David, a później także praw do adaptacji filmowej, przyniosły mu znaczną sumę pieniędzy. Pozbawiony pilnej potrzeby zarabiania mógł całymi dniami siedzieć w domu i pogrążać się w swoich myślach — a dla niego był to stan wyjątkowo niebezpieczny. Nikt bardziej od Davida nie potrzebował czegoś, co zajęłoby mu głowę. Coraz częściej wracał myślami do swojej strasznej przeszłości i coraz bardziej zaprzątało go uczucie niepewności i lęku o własną przyszłość. Mimo zastrzyku gotówki, którym przez pewien czas się cieszył, szybko zaczęły go dręczyć problemy finansowe. Nierozważna inwestycja w automaty z przekąskami dla zakładów pracy zakończyła się fiaskiem; wkrótce potem ulokował około 65 tysięcy dolarów w lokalnym polu golfowym należącym do człowieka, któremu później postawiono zarzuty wyłudzenia pieniędzy od wielu inwestorów. Nic dziwnego, że odkrycie, iż padł ofiarą oszusta, wprawiło Davida w gniew — i pogrążyło go w jeszcze głębszej rozpaczy.
Mimo całego nieszczęścia, jakie go spotkało, nic nie prowadziło Davida na krawędź przepaści tak skutecznie, jak strach przed porzuceniem przez żonę, Jane. Była centrum jego wszechświata — kluczem do jego poczucia siebie jako mężczyzny — i pozostawała oddaną żoną, mimo oczywistych trudności, jakie naznaczały ich związek. Skłonność Davida do gwałtownej, zaborczej miłości sprawiała, że reagował lękiem i defensywnością na każdy przejaw niezależności ze strony Jane. Przez lata była matką na pełen etat, całkowicie zależną od niego finansowo (a on wydzielał jej pieniądze w niewielkich kwotach, by tę zależność podtrzymać). Jednak w ostatnich dwóch latach ich małżeństwa Jane zaczęła się usamodzielniać — podjęła pracę w miejscowej fabryce i regularnie wychodziła na spacery, by schudnąć. Rosnąca niezależność Jane, zarówno finansowa, jak i emocjonalna, wyraźnie budziła w Davidzie poczucie zagrożenia. Jane z kolei coraz dotkliwiej odczuwała jego wycofanie. Dochodziło między nimi do kłótni. Po południu czwartego maja 2004 roku Jane powiedziała Davidowi, że uważa, iż powinni na jakiś czas się rozstać. Zapewniła go, że nie myśli o rozwodzie.
— Powiedziałam: „David, kocham cię” — wspomina Jane. — Ale patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, widzę, że czuł się człowiekiem przegranym. Powiedział, że zawiódł mnie i dzieci, bo stracił pieniądze, inwestując w pole golfowe.
Poczucie porażki sięgało jednak znacznie głębiej: prowadziło wstecz do pierwotnej rany z ósmego miesiąca życia, która skierowała jego los na katastrofalny tor.
— Tamtej nocy płakał — mówi Jane. — Czuł się niewystarczający jako mężczyzna. Powiedziałam: „Kocham cię. Wychodząc za ciebie, dokonałam świadomego wyboru”.
David jednak albo nie słyszał tych słów, albo nie potrafił w nie uwierzyć. Wybiegł z domu zalany łzami.
— Bałam się, że zrobi coś głupiego — mówi Jane.
Zgłosiła jego zaginięcie. Następnego dnia policja poinformowała ją, że odnaleziono Davida — żywego — lecz nie życzy sobie, by ujawniono jej, gdzie przebywa (Jane dowiedziała się później, że pojechał do rodziców, którzy spełnili jego prośbę i nie zdradzili miejsca jego pobytu). Ulgę przyniosła jej sama wiadomość, że David żyje. Przekonana, że kryzys minął, poszła tego dnia do pracy. David wrócił do domu, zabrał strzelbę i udał się do garażu. Tam, z przerażającą, metodyczną determinacją człowieka zdecydowanego, by umrzeć, odpiłował lufę. Następnie pojechał na parking przy pobliskim sklepie spożywczym, zatrzymał auto, uniósł broń i — w co chcę wierzyć — na zawsze zakończył swoje cierpienie.
Z książki: John Colapinto, Bruce, Brenda, David, rozdz. Tragiczny epilog, przeł. Amata-Jo Papaj, TNSA, Kraków 2026. Ilustracja: fragment obrazu Albrechta Dürera, Samobójstwo Lukrecji.









