Zgłębianie tragizmu jest fascynujące — wywiad z Davidem Benatarem

„Nie ma żadnego nadrzędnego celu, któremu służymy. Zatem fakt, że potrafimy wykrzesać jakiś sens z życia, przemawia na korzyść mojej tezy, a nie na odwrót. Dzięki temu, że kreujemy lub znajdujemy ziemski sens, nasze życie jest mniej złe, niż byłoby w przeciwnym wypadku. Nie znaczy to jednak, że wszystko, co ludzie uważają za sensowne, w istocie takie jest”.

Peter Ohlin: Pańska książka nosi tytuł Tragedia egzystencji. Jak ująłby Pan w pigułce istotę tej tragedii?

David Benatar: Życie jest ciężkie. Musimy się zmagać, nierzadko bez powodzenia, by unikać nieprzyjemności. Łatwiej byłoby nam sobie z tym poradzić, gdyby życie służyło jakiemuś istotnemu celowi. Jednak choć da się wykrzesać z niego pewien sens, nasze życie żadnego ostatecznego celu nie posiada. Choć śmierć może ulżyć naszemu cierpieniu, nie rozwiązuje problemu bezsensu. Co więcej, ponieważ śmierć nas unicestwia, to przyczynia się do naszego nieszczęścia (nawet kiedy, w ostatecznym rozrachunku, stanowi mniejsze zło). Innymi słowy, tragizm naszej sytuacji polega na tym, że życie jest złe, lecz śmierć również jest zła.

Słuchaj całego wywiadu na naszej stronie:

PO: Dlaczego zainteresował Pana ten temat i jak wiąże się on z Pana wcześniejszą książką, Najlepiej — nie urodzić się?

DB: Zgłębianie tragizmu naszego położenia jest fascynujące. Uzmysłowienie sobie bolesności, bezcelowości i groteskowego finału naszego życia nie może nie budzić ciekawości — w każdym razie tak było w moim przypadku. Choć kiedy już znajdziemy się w pułapce egzystencji, to nie ma z niej ucieczki, istnieje metoda pozwalająca jej uniknąć — mianowicie nie należy powoływać ludzi do życia. W naszym przypadku jest już na to rzecz jasna za późno, jednak jako że tragiczny los pomnaża się prokreacją, wystarczy się od niej powstrzymać. Dlatego też lepiej nigdy nie przychodzić na świat.

PO: Choć egzystencjalizm i niektóre tradycje spoza myśli zachodniej zgłębiały kwestię sensu życia, dlaczego Pańskim zdaniem filozofia analityczna w dużej mierze ją ignoruje? Jaki walor dostrzega Pan w analitycznym podejściu do tych wielkich pytań egzystencjalnych?

DB: Trudno tu o jednoznaczną odpowiedź, ale być może stoi za tym fakt, że zdaniem filozofów analitycznych kwestia sensu życia jest kompletnie zagmatwana. To mogłoby tłumaczyć, dlaczego tyle prac z tej dziedziny usiłuje wyklarować sam sens tego pytania. Choć są też rzecz jasna myśliciele analityczni, którzy poszli dalej i zmierzyli się z odpowiedzią.

Do wielkich pytań egzystencjalnych perspektywa analityczna wnosi nacisk na klarowność i ścisłość wywodu. Podejście to, w jego bardziej stereotypowych postaciach, może skutkować śmiertelnie nudnymi odpowiedziami na przecież fascynujące pytania. Starałem się uniknąć tej pułapki, usiłując połączyć precyzję argumentacyjną z potoczystym stylem.

Książkę Tragedia egzystencji możesz kupić tutaj:
https://tnsa.pl/produkt/tragedia-egzystencji-david-benatar/

PO: Pańskim zdaniem nasze życie jest bezsensowne, niemniej wielu ludzi znajduje sens lub satysfakcję na przykład w religii, w relacjach z rodziną lub przyjaciółmi, w spełnieniu zawodowym itd. Czy w swojej koncepcji sensu życia uwzględnia Pan zadowolenie czerpane z tych sfer?

DB: W istocie wcale nie sądzę, by życie było pozbawione jakiegokolwiek sensu. Egzystencja może mieć znaczenie poprzez wpływ wywierany na innych ludzi, na społeczność lub, nader rzadko, całą ludzkość — wszystko to są formy tego, co nazywam sensem ziemskim. Nie zgadzam się za to, że życie może mieć szersze znaczenie — nazwijmy je kosmicznym. Nie ma żadnego nadrzędnego celu, któremu służymy. Zatem fakt, że potrafimy wykrzesać jakiś sens z życia, przemawia na korzyść mojej tezy, a nie na odwrót. Dzięki temu, że kreujemy lub znajdujemy ziemski sens, nasze życie jest mniej złe, niż byłoby w przeciwnym wypadku. Nie znaczy to jednak, że wszystko, co ludzie uważają za sensowne, w istocie takie jest. Ktoś może na przykład widzieć sens w modłach do jakiegoś bóstwa. Jeśli jednak dane bóstwo nie istnieje, to relacja ta może się okazać bezsensowna.

PO: Jaki jest Pański pogląd na samobójstwo i pod jakim względem różni się on od obiegowego podejścia — uznającego je za czyn niemoralny lub samolubny?

DB: Samobójstwo stanowi moim zdaniem zasadną reakcję na niektóre, choć nie wszystkie, aspekty tragedii egzystencji. Śmierć nie rozwiązuje problemu kosmicznego bezsensu życia i nierzadko (choć nie zawsze) ogranicza zasób dostępnego sensu. Nie rozwiązuje ono zatem zazwyczaj kwestii braku sensu. Za to istotnie może przynieść ulgę cierpiącemu. Kiedy życie staje się tak złe, że jego przedłużanie nie leży w naszym szeroko pojętym interesie, i nie ma żadnych innych nadrzędnych czynników, samobójstwo nie wydaje mi się ani niemoralne, ani samolubne, stanowi za to rozważną reakcję na okoliczności danej osoby. Okoliczności te nie ograniczają się zresztą do krańcowego stadium nieuleczalnych chorób. Można zasadnie ustanowić swój próg życia wartego kontynuacji poniżej tego poziomu. Niemniej nawet wówczas samobójstwo wiąże się z pewnym kosztem, ponoszonym zarówno przez samobójcę, jak i jego rodzinę i przyjaciół. Dlatego też, nawet gdy jest ono całkowicie uzasadnione, stanowi tragedię.

Wszystkie książki z serii XYZ:
https://tnsa.pl/kategoria-produktu/seria-xyz/

PO: Część czytelników mogłaby uznać Pańskie poglądy na życie za mroczne lub pesymistyczne. Co miałby im Pan do powiedzienia i czy są jakieś aspekty naszego życia, które uśmierzają opisywany przez Pana tragizm?

DB: Przyznaję, że moje poglądy są dość ponure, jednak według mnie odzwierciedla to jedynie nader niemiłe realia naszego położenia. Innymi słowy, uważam swój pesymizm za uzasadniony. Nie znaczy to, że nasza sytuacja jest beznadziejna. Przynajmniej możemy wykrzesać z życia jakieś (choć ograniczone) formy sensu, a jakość naszej egzystencji mogłaby być zawsze gorsza. Z naszego niefortunnego położenia nie wynika również, że winniśmy być nieustannie przygnębieni. Należy czerpać z życia tyle radości, satysfakcji i sensu, ile tylko się da (nie naruszając przy tym norm etycznych). I trzeba się śmiać, bo śmiech przynosi i przyjemność, i ulgę. Z myślą o tym w przypisach do książki zamieściłem wybór (nierzadko pysznego) humoru.

Wywiad Petera Ohlina, redaktora działu filozofii Oxford University Press USA, z filozofem Davidem Benatarem,15 kwietnia 2017 roku, publikacja za uprzejmą zgodą Autora i Wydawcy; z angielskiego przełożył Patryk Gołębiowski.

Bohater o tysiącu twarzy i Gwiezdne wojny

Około dziesięciu lat temu postanowiłem napisać film dla dzieci – miałem pomysł na stworzenie współczesnej baśni. Moi przyjaciele dookoła mówili: „Co ty robisz? Zwariowałeś. Musisz zrobić coś ważnego. Musisz zrobić coś społecznie istotnego. Musisz stworzyć sztukę przez duże S. Musisz robić to, co my robimy”. Pracowałem wtedy nad projektem o Wietnamie (Czas apokalipsy), ale porzuciłem go – oddałem go mojemu przyjacielowi [Francisowi Coppoli] i powiedziałem: „Ja muszę zrobić ten film dla dzieci”.

 

Nie wiedziałem wówczas, co właściwie robię. Zacząłem pracować, zbierać materiały, pisać – minął rok. Napisałem wiele wersji tego scenariusza, aż natrafiłem na Bohatera o tysiącu twarzy. Dopiero wtedy naprawdę udało mi się skupić. Gdy przeczytałem tę książkę, powiedziałem sobie: „Przecież właśnie to robiłem. To jest to”. Czytałem wcześniej innych autorów — freudystów — a oprócz tego miałem za sobą całkiem sporą dawkę Kaczora Donalda, Sknerusa McKwacza i innych mitycznych bohaterów naszych czasów. Ale Bohater o tysiącu twarzy był pierwszą książką, która zaczęła porządkować to, co dotąd robiłem intuicyjnie. Zobaczyłem wiele paralel i zacząłem fascynować się całym tym procesem, a w konsekwencji sięgnąłem po kilka innych książek — The Flight of the Wild Gander, The Masks of God — i pisałem dalej.

 

Cały ten proces trwał latami. I tak, jak mówię, przez długi czas krążyłem w kółko, próbując wymyślić opowieść; scenariusz rozłaził się we wszystkie strony i w końcu miałem setki stron. To właśnie Bohater o tysiącu twarzy sprawił, że te około 500 stron nagle zmieniło się w jedną historię. Tu jest opowieść. Tu jest koniec. Tu jest punkt ciężkości. Tak to wszystko jest ułożone. To wszystko istnieje od tysięcy lat, jak wskazywał Campbell. I powiedziałem sobie: „To jest to”. Po przeczytaniu kolejnych książek Joego zacząłem rozumieć, jak to zrobić. Wtedy uświadomiłem sobie, jak ogromny był jego wkład w moją pracę. Przeczytałem te książki i pomyślałem: „Oto całe życie badań, lata pracy, skondensowane do kilku tomów, które mogę przeczytać w parę miesięcy – a które pozwalają mi ruszyć naprzód i nadać kierunek mojej twórczości”. To było wielkie osiągnięcie i miało dla mnie ogromne znaczenie. Możliwe, że gdybym na niego nie trafił, wciąż pisałbym Gwiezdne wojny.

 

O niektórych autorach można powiedzieć, że ich dzieła są ważniejsze niż oni sami. Ale w przypadku Joego — choć jego dzieła są wielkie — nie mam najmniejszych wątpliwości, że jego twórczość nie jest większa niż on sam. To naprawdę wspaniały człowiek, który stał się moim Yodą.

 

George Lucas, National Arts Club, 1985.

 

Fragment zaczerpnięty z książki The Hero’s Journey.

Used with permission from the Joseph Campbell Foundation (jcf.org) — za uprzejmą zgodą Joseph Campbell Foundation (jcf.org).