Kategoria: Sens życia

„Bohater o tysiącu twarzy” i „Gwiezdne wojny”

Zacząłem pracować, zbierać materiały, pisać – minął rok. Napisałem wiele wersji tego scenariusza, aż natrafiłem na „Bohatera o tysiącu twarzy”. Dopiero wtedy naprawdę udało mi się skupić. Gdy przeczytałem tę książkę, powiedziałem sobie: „Przecież właśnie to robiłem. To jest to”. Czytałem wcześniej innych autorów (…) ale „Bohater o tysiącu twarzy” był pierwszą książką, która zaczęła porządkować to, co dotąd robiłem intuicyjnie.

Posłowie do „Najlepiej — nie urodzić się”. Ostatnia książka ostatnia

Postępująca laicyzacja ukruszyła metafizyczne fundamenty człowieka, zastępując mistyczne uniesienia racjonalizmem — teologią naszych czasów — którego myśl antynatalistyczna jest swoistym ukoronowaniem. Nie jest to (pseudo)racjonalizm efektywnego altruizmu ani spokrewnionego z nim modnego ostatnio dalekosiężnictwa [longtermism] — niegroźny, zachowawczy, który prowadzi wywód na pozór poprawnie, podchodzi za to wybiórczo do konkluzji, aby przypadkiem nie zrazić do siebie złaknionych optymizmu zwolenników. Nie, to racjonalizm bezwzględny, niewygodny, okrutny.

Wprowadzenie do „Najlepiej — nie urodzić się”

Każde życie cechuje ogrom cierpienia — znacznie więcej, niż ludziom się zazwyczaj wydaje. Jedynym sposobem, by zagwarantować, że potencjalna przyszła osoba nie będzie tego cierpienia doznawać, jest zadbać, by nigdy się nie urodziła. Nie dość, że całości tej krzywdy można bez trudu uniknąć, ale jest ona również zupełnie bezcelowa.

Zgłębianie tragizmu jest fascynujące — wywiad z Davidem Benatarem

„Nie ma żadnego nadrzędnego celu, któremu służymy. Zatem fakt, że potrafimy wykrzesać jakiś sens z życia, przemawia na korzyść mojej tezy, a nie na odwrót. Dzięki temu, że kreujemy lub znajdujemy ziemski sens, nasze życie jest mniej złe, niż byłoby w przeciwnym wypadku. Nie znaczy to jednak, że wszystko, co ludzie uważają za sensowne, w istocie takie jest”.

Dlaczego złego jest więcej niż dobrego

Przewlekły ból jest wszędzie, nie ma za to przewlekłej przyjemności. Są ludzie, których życiu towarzyszy trwałe poczucie zadowolenia lub satysfakcji, jednak to nie to samo co przewlekła przyjemność. Co więcej, niezadowolenie i brak satysfakcji mogą być równie trwałe jak zadowolenie i satysfakcja; oznacza to, że stany pozytywne nie mają na tym polu przewagi. Są one w istocie mniej stabilne, ponieważ sytuacja może się o wiele łatwiej pogorszyć, niż polepszyć.

Wprowadzenie do „Tragedii egzystencji”

Krótko mówiąc: życie jest złe, jednak śmierć też jest zła. Rzecz jasna, życie nie jest złe pod każdym względem. Tak samo zresztą śmierć nie jest zła pod każdym względem. Niemniej i życie, i śmierć są, pod kluczowymi względami, straszne. Wespół składają się one na egzystencjalne imadło — którego nieznośny uścisk więzi nas w tragicznej pułapce.

Rozmowa: „Zbawienna bezdzietność” w radiu JazzKultura

Jakiś czas temu zaproszono nas do radia JazzKultura, aby porozmawiać na temat książki „Zbawienna bezdzietność. Antynatalizm we wczesnym chrześcijaństwie”. Do tego karkołomnego zadania karnie – za ich grzechy i „niechrześcijańską” postawę – wydelegowani zostali Paweł Eugeniusz Gazda i Dariusz Niezgoda.

Klub Jagielloński: Antynatalizm częściowo ma rację. Co zrobić z ludzkim cierpieniem? Czy katolicy to masochiści?

Antynatalizm. Pogląd, wedle którego płodzenie dzieci jest niemoralne. Różne spotkałem uzasadnienia takiego podejścia. Ciekawe wydaje mi się zwłaszcza jedno z nich: chęć ograniczenia cierpienia w świecie. Lepiej jest się nigdy nie urodzić, niż znosić ciężki żywot na tym łez padole. Czy aby na pewno? W przeddzień Niedzieli Męki Pańskiej przyjrzyjmy się, jak antynatalistom odpowiada Mistrz z Nazaretu.

O antynatalizmie

Czy powoływanie dziecka do życia jest dobre, neutralne czy złe? Czy odpowiedź na to pytanie zależy od kontekstu? Jeśli tak, to w jaki sposób? Są ludzie, którzy udzielają stanowczej i radykalnej odpowiedzi: płodzenie dzieci jest niedopuszczalne moralnie i wszyscy – niezależnie od kontekstu – powinniśmy z tego zrezygnować. Takie poglądy określa się mianem antynatalizmu i to im poświęcona jest ta książka.

Bohater o tysiącu twarzy i Gwiezdne wojny

Około dziesięciu lat temu postanowiłem napisać film dla dzieci – miałem pomysł na stworzenie współczesnej baśni. Moi przyjaciele dookoła mówili: „Co ty robisz? Zwariowałeś. Musisz zrobić coś ważnego. Musisz zrobić coś społecznie istotnego. Musisz stworzyć sztukę przez duże S. Musisz robić to, co my robimy”. Pracowałem wtedy nad projektem o Wietnamie (Czas apokalipsy), ale porzuciłem go – oddałem go mojemu przyjacielowi [Francisowi Coppoli] i powiedziałem: „Ja muszę zrobić ten film dla dzieci”.

 

Nie wiedziałem wówczas, co właściwie robię. Zacząłem pracować, zbierać materiały, pisać – minął rok. Napisałem wiele wersji tego scenariusza, aż natrafiłem na Bohatera o tysiącu twarzy. Dopiero wtedy naprawdę udało mi się skupić. Gdy przeczytałem tę książkę, powiedziałem sobie: „Przecież właśnie to robiłem. To jest to”. Czytałem wcześniej innych autorów — freudystów — a oprócz tego miałem za sobą całkiem sporą dawkę Kaczora Donalda, Sknerusa McKwacza i innych mitycznych bohaterów naszych czasów. Ale Bohater o tysiącu twarzy był pierwszą książką, która zaczęła porządkować to, co dotąd robiłem intuicyjnie. Zobaczyłem wiele paralel i zacząłem fascynować się całym tym procesem, a w konsekwencji sięgnąłem po kilka innych książek — The Flight of the Wild Gander, The Masks of God — i pisałem dalej.

 

Cały ten proces trwał latami. I tak, jak mówię, przez długi czas krążyłem w kółko, próbując wymyślić opowieść; scenariusz rozłaził się we wszystkie strony i w końcu miałem setki stron. To właśnie Bohater o tysiącu twarzy sprawił, że te około 500 stron nagle zmieniło się w jedną historię. Tu jest opowieść. Tu jest koniec. Tu jest punkt ciężkości. Tak to wszystko jest ułożone. To wszystko istnieje od tysięcy lat, jak wskazywał Campbell. I powiedziałem sobie: „To jest to”. Po przeczytaniu kolejnych książek Joego zacząłem rozumieć, jak to zrobić. Wtedy uświadomiłem sobie, jak ogromny był jego wkład w moją pracę. Przeczytałem te książki i pomyślałem: „Oto całe życie badań, lata pracy, skondensowane do kilku tomów, które mogę przeczytać w parę miesięcy – a które pozwalają mi ruszyć naprzód i nadać kierunek mojej twórczości”. To było wielkie osiągnięcie i miało dla mnie ogromne znaczenie. Możliwe, że gdybym na niego nie trafił, wciąż pisałbym Gwiezdne wojny.

 

O niektórych autorach można powiedzieć, że ich dzieła są ważniejsze niż oni sami. Ale w przypadku Joego — choć jego dzieła są wielkie — nie mam najmniejszych wątpliwości, że jego twórczość nie jest większa niż on sam. To naprawdę wspaniały człowiek, który stał się moim Yodą.

 

George Lucas, National Arts Club, 1985.

 

Fragment zaczerpnięty z książki The Hero’s Journey.

Used with permission from the Joseph Campbell Foundation (jcf.org) — za uprzejmą zgodą Joseph Campbell Foundation (jcf.org).