Kto kocha życie, nie czyta [1].
Jest pewna kategoria książek, nazwijmy je „ostatnimi”, po których publikacji coś się zmienia; dla wszystkich, nie tylko czytelników [2]. Po których nic nie będzie już takie samo. Zaliczają się do nich m.in. Sto dwadzieścia dni Sodomy, To rzekł Zaratustra, trzydziesty ósmy tom „Monatshefte für Mathematik und Physik”, Księga niepokoju, Fikcje, Historia O. Pierwszą książką ostatnią była oczywiście Biblia.
•
Choć antynatalizm nie jest w żadnym wypadku pomysłem nowym, dopiero Davidowi Benatarowi udało się znaleźć dlań formę — wywodu filozoficznego — której nie da się łatwo zbyć jako kwękań stetryczałego poety, jak to się dzieje na przykład z twórczością Emila Ciorana (w świecie, w którym znaczenie literatury nie ograniczałoby się do karuzeli świecidełek i festynów, publikacja O niedogodności narodzin stanowiłaby cezurę, po której nikt już nie spłodziłby kolejnego człowieka). Najlepiej — nie urodzić się stanowi za to precyzyjny, beznamiętny, dopracowywany latami manifest, który ma wykazać, że (1) człowiek nic nie zyskuje, przychodząc na świat, i (2) życie każdego z nas jest (obiektywnie) niskiej jakości. Albo, ujmując rzecz inaczej, że nikt nie ma interesu w nabyciu interesu w istnieniu. Wnioski te nie odwołują się do wrażeń ani odczuć, tylko do skrupulatnie przeprowadzonego procesu argumentacyjnego. Warto tu może nadmienić, że choć większość współczesnych filozofów odrzuca konkluzje Benatara (a wielu je po prostu ignoruje), nikomu nie udało się skutecznie ich podważyć [3]. Zarazem nie sposób zaprzeczyć, że publikacja jego książki powoli, acz gruntownie przeobraziła krajobraz (bio)etyczny (przynajmniej na Zachodzie); nawet dla badaczy dystansujących się od Benatara prokreacja z dobra niemalże aksjomatycznego stała się czymś, co nareszcie wolno kwestionować [4].
Twardo stąpający po ziemi czytelnik zwróci w tym miejscu uwagę, że w praktycznym sensie nie powinno to mieć większego (a być może żadnego) znaczenia. Mało kto przed podjęciem ważnej życiowej decyzji (a decyzja o spłodzeniu dziecka jest, jak trafnie wskazuje Benatar, jedną z najważniejszych, jeśli nie najważniejszą z nich [5]) sprawdza najnowsze rozstrzygnięcia filozofii moralnej. A jednak w XXI wieku chyba wszystkie kraje wysoko rozwinięte notują znaczący spadek dzietności, która obecnie w większości z nich plasuje się zdecydowanie poniżej wskaźnika zastępowalności pokoleń [6]. Zatem być może dzieło Benatara jest (jak każda z książek ostatnich) wytworem swoich czasów, filozoficznym ujęciem kolektywnego pesymizmu. Mimo że ów spadek dzietności zdaje się wynikać nie tyle z poglądów antynatalistycznych, ile z popularyzacji postawy childfree (po polsku oddawanej często jako „bezdzietność z wyboru”, a ostatnio również, w celu pozbycia się implikującego brak przedrostka „bez”, „niedzietność”), to nawet rzekomy egoizm tej ostatniej zdaje się podszyty egzystencjalną rezygnacją.

Najlepiej — nie urodzić się. Krzywda zaistnienia — David Benatar
Powszechnie uważa się, że „Najlepiej – nie urodzić się” to najważniejsza książka na temat antynatalizmu. Jej autor, profesor filozofii na Uniwersytecie Kapsztadzkim, dowodzi, że powoływanie na świat kolejnych istot nieodłącznie wiąże się ze skazywaniem ich na cierpienie. Dlatego też, jego zdaniem, powinniśmy kategorycznie przestać się rozmnażać. I ostatecznie doprowadzić tym całą ludzkość do naturalnego wymarcia.
Ta kontrowersyjna na pierwszy rzut oka teza znajduje na kartach książki Davida Benatara doskonałą argumentację. Czerpiąc pełnymi garściami z tradycji brytyjskiej filozofii analitycznej, swój wywód prowadzi w sposób uporządkowany i ścisły logicznie. Co więcej – mimo trwającej dyskusji z jego tezami – jak do tej pory niewielu filozofom udało się wejść z nim w dorównującą mu poziomem polemikę.
Choć korzenie antynatalizmu jako idei sięgają zarania filozofii, żyjemy w pierwszej epoce, w której można mówić o jego praktycznym zastosowaniu. To z kolei nie byłoby możliwe bez nurtów i wynalazków, które utorowały doń drogę. Kluczowym z nich jest pojawienie się skutecznej antykoncepcji. Zarazem reszta osiągnięć współczesnego feminizmu: dostęp do edukacji i rynku pracy, prawo głosu i prawo do aborcji, ugruntowały sytuację, w której kobieta [7] po raz pierwszy może mieć realny wpływ na swoje losy reprodukcyjne. To właśnie na tym fundamencie ukształtowała się argumentacja wolności od dzieci, czyli refleksja, czy życie dziecka jest korzystne dla jego rodziców, a następnie antynatalizm, czyli (bardziej abstrakcyjna i zasadniczo niezależna od tej poprzedniej) refleksja, czy jest ono korzystne dla niego samego. Można zatem prześledzić drogę od dziecka jako przedmiotu, który nie ma nic do powiedzenia w kwestii swoich narodzin (a zarazem kobiety jako przedmiotu — którego najważniejszą, jeśli nie jedyną funkcją jest umożliwić poczęcie, donosić ciążę i urodzić zdrowego potomka [8]), do dziecka jako podmiotu, jako nowego człowieka, który, po pierwsze, nie musiał przyjść na świat, a po drugie, za którego przyjście na świat i wyrządzoną nim krzywdę̨ po raz pierwszy ktoś jest odpowiedzialny.
•
„Proszę sobie pomyśleć, że aktowi płodzenia nie towarzyszy ani potrzeba, ani rozkosz, lecz że jest sprawą czystej rozumowej rozwagi. Czy rodzaj ludzki mógłby wówczas dalej jeszcze istnieć?” [9] — pyta retorycznie cytowany przez autora Artur Schopenhauer. Choć biologia próbuje nas oszukać, kojarząc przyjemność seksualną z rozmnażaniem, żyjemy w czasach, w których funkcje prokreacyjna i seksualna właściwie już się rozeszły (co zawdzięczamy idei erotyzmu). Przejrzeliśmy oszustwo natury i ze swojej strony odpowiedzieliśmy własnym fortelem. Nowoczesna antykoncepcja pozwala zachować (prawie) wszystkie korzyści zmysłowe aktywności seksualnej bez ponoszenia (zazwyczaj) jej najistotniejszej konsekwencji. Rozziew ten jest obecnie tak znaczący, że seks prokreacyjny stał się fetyszem. Zarazem szacuje się, że i tak prawie połowa wszystkich ciąż jest niezamierzona [10]. Innymi słowy, gdyby rodziły się tylko dzieci chciane, to ludzkość po prostu by wymarła. Czyżby w trajektorię rozwoju każdej cywilizacji wpisane było (świadome bądź nie) dążenie do samounicestwienia? [11]
•
U podstaw antynatalizmu stoi niewygodne pytanie, które dotychczas stawiali sobie filozofowie, a obecnie w nieco zmienionej postaci może zadać rodzicom każdy człowiek: „Dlaczego sprowadziliście mnie na świat?”. I bez znaczenia jest, że nie wszyscy się na to odważą. To pytanie, nawet niewypowiedziane, już na zawsze zawiśnie nad głowami rodziców. Bo co można odpowiedzieć? Ze strachu przed samotnością? Ze strachu przed śmiercią? Bo wszyscy mają dzieci? Pod presją rodziny, przyjaciół, znajomych? Pod wpływem biologii? Przez narcyzm? Dla… ZUS-u? Jakiego bezwstydu trzeba, żeby uzasadniać podobnymi komunałami tak niesamowity (i, zdaniem Benatara, niesamowicie krzywdzący) czyn, jakim jest spłodzenie człowieka? Żeby się dowartościować? Zapełnić pustkę życia? Bez powodu? Niechcący? Bo nie przyszło nam do głowy, że to rzecz warta refleksji? Wyartykułowane muszą one wszystkie wybrzmieć jak nieśmieszny żart, zostawić po sobie głuchą, niemożliwą do zapełnienia ciszę. Jak celnie kwituje Théophile de Giraud: „Po co udawać: dziecko to prezent, który rodzice wręczają sami sobie” [12]. Być może praktyczny wpływ antynatalizmu na decyzje reprodukcyjne jest i zawsze będzie znikomy. Jednak czy to się nam podoba czy nie, nie ma już powrotu do niewinnych czasów, w których zadanie tego pytania było nie do pomyślenia.
•
Postępująca laicyzacja ukruszyła metafizyczne fundamenty człowieka, zastępując mistyczne uniesienia racjonalizmem — teologią naszych czasów — którego myśl antynatalistyczna jest swoistym ukoronowaniem. Nie jest to (pseudo)racjonalizm efektywnego altruizmu ani spokrewnionego z nim modnego ostatnio dalekosiężnictwa [longtermism] — niegroźny, zachowawczy, który prowadzi wywód na pozór poprawnie, podchodzi za to wybiórczo do konkluzji, aby przypadkiem nie zrazić do siebie złaknionych optymizmu zwolenników. Nie, to racjonalizm bezwzględny, niewygodny, okrutny.
Jak konstatuje Rémi Brague: „Ale czy musimy zaakceptować fakt, że jesteśmy przeznaczeniem, nieuchronnością, dla kogoś innego niż my sami? Mogę z odwagą zaakceptować istnienie, które otrzymałem. Być może nawet odnajdę w tej akceptacji pewną heroiczną radość. Ale czy mam prawo narzucać egzystencję innym? […] [A]bsolutnie potrzebujemy powodów, aby przekazywać życie. Konsekwentny ateista posiadający potomstwo to, w świetle jego własnych zasad, po prostu przestępca” [13]. Nic dodać, nic ująć; antynatalizm istotnie zdaje się naturalną konsekwencją śmierci Boga. Niemniej liberałowie, zastąpiwszy kult maryjny promieniejącym neonową nadzieją bożkiem postępu, nierzadko odżegnują się od antynatalizmu jeszcze rozpaczliwiej niż konserwatyści — i nie bez powodu, gdyż ci ostatni mają przynajmniej zaplecze metafizyczne, które pozwala im te niewygodne konkluzje wyprzeć, podczas gdy ateista jest wobec nich zasadniczo bezbronny; pozostaje mu tylko zamknąć oczy, zatkać uszy i powtarzać jak mantrę: „życie jest przecież piękne”. Szczególnie dotkliwe wydaje się w tym kontekście przeniesienie ciężaru argumentacji z upiorności i wszechobecności cierpienia na jego jałowość [14]. Człowiek zniesie potulnie najgorszy ból i najpodlejsze życie, jeśli tylko będzie w stanie wysnuć (lub, jak to się zazwyczaj odbywa, wypożyczyć gotową) opowieść, która je uzasadni (to podstawowa funkcja religii, „patriotyzmu”, biologizmu i zasadniczo wszystkich mniej lub bardziej wyrafinowanych form martyrologii). Po ujawnieniu fikcyjności tych narracji, czyli ich arbitralności (czego dokonał postmodernizm, i to nieodwracalnie — raz zdradzonego sekretu magicznej sztuczki nie da się potem zapomnieć [15]), nawet pomniejsza niewygoda — nie mówiąc o ogromie cierpienia, którego ludzie faktycznie doświadczają w trakcie życia — staje się naraz nieznośna.
Roger Crisp, rozważając, czy wyginięcie ludzkości nie byłoby lepsze ze względu na bezmiar (i niewyrażalność) doznawanego bólu, którego można by oszczędzić przyszłym pokoleniom, przywołuje eksperyment myślowy sformułowany przez C.I. Lewisa: „Zazwyczaj, myśląc o zagładzie, ponieważ nie doznajemy akurat strasznego cierpienia, skupiamy się na dobrych rzeczach, które nas ominą. Jednak gdyby Bóg zaproponował nam możność doświadczenia wszystkich bolesnych i przyjemnych stanów, które wystąpią [na świecie], jeżeli do zagłady nie dojdzie, to czy skorzystalibyś[my] z okazji?” [16]. Analogicznie argumentuje sam Benatar, który, by uzmysłowić swoim oponentom asymetrię między natężeniem bólu i przyjemności, pyta, czy zgodziliby się na godzinę najstraszniejszych tortur w zamian za godzinę najwspanialszych rozkoszy [17]. Nie podlega raczej dyskusji, że to właśnie cierpienie stanowi esencję ludzkiego życia, a przyjemności są jego bladym i w ogólnym rozrachunku nieistotnym dodatkiem [18]. (Na marginesie, choć rodzice lubią zarzekać się, jak bardzo doskwiera im krzywda własnych dzieci, gdyby byli zmuszeni dosłownie odczuwać ich ból, to zaryzykuję tezę, że za sto lat na Ziemi nie byłoby już żadnego człowieka). Zarazem Benatar nader zręcznie, wprowadzając rozróżnienie między życiem wartym rozpoczęcia a życiem wartym kontynuacji, rozprawia się z adwersarzami utrzymującymi, że gdyby życie było istotnie tak złe, to mielibyśmy do czynienia z plagą samobójstw [19] (która przyćmiłaby obecne — bagatela — 800 tysięcy rocznie). Jednak skoro wszyscy ubóstwiają życie, to po co tak zaciekły opór wobec dostępności wspomagania śmierci? [20] Czyżby kapłani kultu egzystencji podejrzewali, że by zagwarantować istnienie ludzkości, najpierw należy wszelkimi możliwymi sposobami utrudniać zapobieganie prokreacji, a potem odmawiać sprowadzonym — zawsze bez ich przyzwolenia i często niechcący — na świat osobom krzty godności, jeżeli „dar życia” okazuje się niewypałem, przekrętem, lichotą? [21]
•
Wykrystalizowanie się tak usystematyzowanej postaci antynatalizmu (który wyrósł na żyznym gruncie szerzej pojmowanego pesymizmu reprodukcyjnego) akurat na początku trzeciego tysiąclecia to chyba nie przypadek — historia wyraźnie nie chce się skończyć, a przyszłość nie może się zacząć. Zamiast szybować ku gwiazdom, ugrzęźliśmy na dobre w kloace internetu i zaczynamy podejrzewać, że na przekór świetlanym wizjom będzie (by zacytować klasyka [22]) tak samo jak kiedyś, tylko gorzej. Zarazem nowo zdobyta anonimowość pozwoliła nam (a przynajmniej tym z nas, którzy żywili w tej kwestii jakieś złudzenia) przekonać się, kim w istocie jesteśmy i ile warte jest nasze życie [23]. Niepoprawnego optymistę wystarczy dziś odesłać do relacji moderatora Facebooka, który ma wątpliwą przyjemność codziennego obcowania z próbką naszego „człowieczeństwa”: „Alex myślał, że jako miłośnik horrorów jest przygotowany do tej pracy. Teraz każdy horror wydaje mu się komedią” [24]. Piewcy postępu bezustannie kuszą nas futurystyczną marchewką na kiju, która już za chwilę rozwiąże wszystkie problemy świata. Jednak gdyby technoutopiści poświęcili choć odrobinę swojej niespożytej pomysłowości zadumie nad ludzką naturą, być może pojęliby, że każdy wynalazek zostanie wypaczony i obrócony przeciwko bliźniemu [25]. Trzeba wielkiej i chyba już nie uroczej, a groźnej naiwności pięknoducha, by udawać, że Homo sapiens nie jest gatunkiem nieodwracalnie skażonym, by nie dostrzegać, że to zło (a ściśle rzecz biorąc, etyczna bezmyślność) jest stanem normalnym i odruchowym, a dobro — anomalią, na którą trzeba się silić i którą (w odróżnieniu od zła) można symulować, co zresztą widać jak na dłoni podczas konfliktów i wojen, kiedy niespętany konwencjami człowiek bez trudu, a nierzadko z satysfakcją, odnajduje się w swoim naturalnym, krwiożerczym żywiole. Publicyści uwielbiają załamywać ręce nad tym, że nikt nie wyciąga wniosków z historii. Jednak mało kto ma odwagę sformułować najważniejszy wniosek, jaki z historii należałoby wyciągnąć: że jedynym sposobem, by tę żałosną istotę przekroczyć, jest przekształcić ją w coś, co wolne od naszych ograniczeń już człowiekiem nie będzie. Lub, jak chciałby Benatar, doprowadzić do jej wymarcia, co też jest formą transgresji — i to jedyną, do której mamy obecnie dostęp.
•
Zostanie po nas, po wszystkich, dokładnie to samo — nicość. Myślenie rodzica, który „zostawia” po sobie dziecko, jest takim samym przejawem ubóstwa wyobraźni jak myślenie pisarza, który „zostawia” po sobie książkę. Wystarczyłoby teraz przenieść go jak Enocha Soamesa, tytułowego bohatera genialnego opowiadania Maksa Beerbohma, sto lat w przyszłość, żeby na własne oczy ujrzał przepaść między swoimi rojeniami a rzeczywistością. Z kolei Pierre Jourde ujmuje bezsens naszego cierpienia przez pryzmat pokłosia megalomanii szalonego dyktatora:
Nie przyszło im do głowy, że po tym, co wówczas przeżywali, pośród trwogi i krzyków, wkrótce nic nie zostanie i że nie będzie to miało sensu nawet dla przyszłych pokoleń, które dawały niektórym z nich motywację do walki i przetrwania. Nie mieli czasu rozważyć swojej przemiany w liczby, w statystyki, w garść wiecznie powracających zdjęć archiwalnych. W tamtych latach, przykrytych tyloma innymi i z nimi przemieszanych, tyloma latami i wiekami na dnie otchłani minionych czasów, były ciała i było ciało, były względnie niszczycielskie pragnienia, względnie nieodparte powody, które popychały, by obedrzeć człowiekowi nogi ze skóry, by wyłupić oczy jego dzieciom, by zagłodzić tysiące w obozach, powody i pragnienia, które dawno temu wyszły z obiegu, a współcześnie wydałyby się niepojęte, wygórowane.
Co jakiś czas, owszem, wyciąga się te stare marionetki historii, każe im się odgrywać swoje sceny, zawsze te same, po czym odkłada je naprędce z powrotem do pudła. Martwi stali się cykliczną rozrywką kilku specjalistów, zanudzających wszystkich swoimi debatami. Martwi nie budzą już lęku, ich autorytet się wyczerpał, nie wzbudzają ani litości, ani oddania. Po prostu zniknęli [26].
A teraz przenieśmy się w przyszłość nie sto, a miliard lat [27]. Człowieka dawno już nie ma, ba, nie ma nikogo, kto wiedziałby o jego w kosmicznej skali tak przecież chwilowym istnieniu. Nie ma śladu po Szekspirze. Nie ma nawet śladu — o zgrozo — po Polsce! Byliśmy nieważni. Historia człowieka donikąd nie zmierza, nie ma żadnego celu, ścigamy się o pierwsze miejsce na podium nicości. Jedyną nagrodą, zresztą aż nadto zasłużoną, będzie możliwość wyginięcia, ostatecznego demontażu piekielnej biomaszynerii, która, żerując na naszej słabości, wypluwa na świat kolejnych nieszczęśników. Ludzkość kiedyś po prostu przestanie istnieć, zostawiając po sobie na niechlubną pamiątkę własnoręcznie zrujnowaną planetę, która zresztą potem też obróci się w pył. Mieliśmy niefortunną moc pomnażania frustracji, cierpienia i śmierci, moc, z którą obchodziliśmy się nad wyraz beztrosko. Kiedyś rozsypią się wszystkie pomniki i katownie, zbledną urazy i niesprawiedliwości, po drodze przyjdą nowe, dziś niepojęte metody zadawania bólu, przy których rzezie rzekomo barbarzyńskich epok będą się zdawać kojącą utopią, po czym przeminą również one i nastanie — nareszcie — spokój. A Najlepiej — nie urodzić się będzie mogła odejść w niepamięć jako ostatnia książka ostatnia.
Patryk Gołębiowski
Glasgow, 1 października 2024 r.
Patryk Gołębiowski, Posłowie. Ostatnia książka ostatnia [w:] David Benatar, Najlepiej – nie urodzić się. Krzywda zaistnienia, wyd. III, TNSA, Kraków 2025.
[1] M. Houellebecq, H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu, przeł. J. Giszczak, WAB, Warszawa 2007, s. 29.
[2] Niniejszy tekst jest zmienioną i poprawioną wersją posłowia, które ukazało się w pierwszym i drugim wydaniu polskiego przekładu Najlepiej — nie urodzić się.
[3] Od wydania książki w 2006 roku przypuszczono co najmniej kilka ważnych (serii) ataków na postulowaną w niej tezę. Autor zbijał argumenty krytyków (między innymi) w trzech kluczowych tekstach: D. Benatar, Every conceivable harm: a further defence of anti-natalism, „South African Journal of Philosophy” 2012, nr 31, s. 128–164; tenże, Still better never to have been: a reply to (more of) my critics, „The Journal of Ethics” 2013, nr 17, s. 121–151; tenże, Misconceived: why these further criticisms of anti-natalism fail, „The Journal of Value Inquiry” 2022, nr 56, s. 119–151.
[4] Zob. np. M. van der Lugt, Begetting. What Does It Mean to Create a Child? Princeton University Press, Princeton/Oksford 2024.
[5] Słynna sentencja Camusa głosi, że jedynym istotnym problemem filozoficznym jest samobójstwo. Jednak samobójstwo to „tylko” wcześniejsza śmierć; innymi słowy, można nim ewentualnie przybliżyć (przejmując do pewnego stopnia kontrolę nad okolicznościami) coś, co i tak każdego z nas czeka. Samobójstwo, w odróżnieniu od płodzenia, nie zmienia samej ilości śmierci. Za to niesprowadzenie na świat człowieka oszczędza mu śmierci (samobójczej bądź jakiejkolwiek innej) w ogóle. Julio Cabrera postuluje, że człowiek jest ze swojej natury naznaczony śmiercią, a jego jestestwa, które cechuje strukturalna „śmiertelność”/„nieuleczalność” [terminalidade], od chwili narodzin ubywa, podlega ono rozkładowi (zob. J. Cabrera, Mal-estar e moralidade: situação humana, ética e procriação responsável, Editora Universidade de Brasília, Brasília 2020, s. 78). Choć idea istnienia jako bytu strukturalnie wadliwego przewija się w najróżniejszych postaciach w myśli religijnej, literackiej i filozoficznej od zawsze, niezwykłość naszego momentu historycznego polega na eksplicytnym wyprowadzeniu z niej nader rozsądnego (dla niektórych wręcz oczywistego) wniosku, że należałoby w związku z tym zaniechać tych skażonych śmiercią istnień pomnażania. W tym sensie współczesny antynatalizm stanowi radykalne (acz zupełnie naturalne) pogłębienie obfitego pesymistycznego nurtu światowej filozofii.
[6] W krajach rozwijających się dzietność jest nadal wysoka, ale można się spodziewać, że w miarę poprawy dostępu do dobrodziejstw cywilizacyjnych, przede wszystkim antykoncepcji, również tam będzie ona spadać.
[7] Mężczyźni też podejmują oczywiście decyzje reprodukcyjne, jednak w odróżnieniu od kobiet, które mogą (w krajach dopuszczających aborcję) przerwać ciążę wbrew woli partnera, mężczyzna w analogicznej sytuacji jest bezradny.
[8] Andrea Dworkin postuluje, że w patriarchalnej wizji świata (której feminizm prorodzinny byłby jej zdaniem rozbrajająco naiwnym sprzymierzeńcem) dla kobiety przewidziane są wyłącznie dwie role: prostytutki [brothel model] i zwierzęcia rozpłodowego [farming model]; choć obie są równie uwłaczające, kobiety decydują się na dziecko, ponieważ funkcja zwierzęcia rozpłodowego zapewnia im dłuższy okres ochrony, przede wszystkim ekonomicznej (zob. A. Dworkin, Right-Wing Women. The Politics of Domesticated Females, The Women’s Press, Londyn 1983, zwłaszcza rozdział The Coming Gynocide).
[9] A. Schopenhauer, Przyczynek do nauki…, dz. cyt., s. 266.
[10] D. Benatar, Tragedia egzystencji. Niewygodne odpowiedzi na wielkie pytania, przeł. P. Gołębiowski, Towarzystwo Naukowe im. Stanisława Andreskiego, Kraków 2024, s. 64, przyp. 72.
[11] Temat ten rozwija Ulrich Horstmann, proponując koncepcję „perspektywy antropofugalnej” — instynktu samozagłady tytułowej bestii, który w miarę rozwoju cywilizacji (czyli podszytego pesymizmem przyspieszenia orbitalnego) prowadzi do przełamania siły ciążenia humanizmu i ucieczki z jego orbity. Zob. U. Horstmann, Das Untier. Konturen einer Philosophie der Menschenflucht, Suhrkamp, Frankfurt 1985, s. 7–9.
[12] T. de Giraud, L’art de guillotiner les procréateurs. Manifeste anti-nataliste, Le Mort-Qui-Trompe, Nancy 2006, s. 11.
[13] R. Brague, Kotwice w niebie. Metafizyczna infrastruktura ludzkiego życia, przeł. Z. Litwinowicz-Krutnik, Teologia Polityczna, Warszawa 2024, s. 88, 101–102.
[14] Trop zawdzięczam Sebastianowi Hüschowi. Zob. S. Hüsch, Leben als sinnloses Leid. Versuch einer Einordnung des Antinatalismus von David Benatar im Lichte der Philosophie A. Schopenhauers, „Meta: Research in Hermeneutics, Phenomenology, and Practical Philosophy” 2020, nr 12, s. 49–76.
[15] Coraz bardziej histeryczne reakcje prawicy na spadającą dzietność (nagrody, kary, przymus!) zdają się podszyte — słusznym — podejrzeniem, że w istocie jest już po wszystkim, że prawdziwa bitwa rozegrała się, z wiadomym wynikiem, dawno temu, a nam obecnie pozostaje już tylko zebrać jej żniwo, spierając się o nieistotne detale.
[16] R. Crisp, Would extinction be so bad? „The New Statesman”, 10 sierpnia 2021.
[17] D. Benatar, Tragedia egzystencji…, dz. cyt., s. 97.
[18] Równie skwapliwie co bezmyślnie podnoszony argument, że należy mieć dzieci, ponieważ żyjemy w najlepszych czasach w dziejach Homo sapiens, a ludzie rozmnażali się nawet w jaskiniach i podczas wojen, zasadza się na elementarnym błędzie logicznym. Nawet jeśli istotnie nasz obecny świat jest (pod wieloma, choć nie wszystkimi, względami) lepszy od tego, w którym żyli nasi przodkowie, to nie znaczy wcale, że jest dobry — życie może być dziś lepsze (a nawet o wiele lepsze) niż kiedyś, a mimo to złe (ponieważ jakość egzystencji naszych przodków była wręcz niewyobrażalnie niska). Innymi słowy, osoba urodzona w piekle, otoczona ludźmi żyjącymi w tym samym piekle, która wiedziałaby tylko o tym, że wcześniej było jeszcze gorsze piekło, nie zdawałaby sobie sprawy z tego, że żyje w piekle. Zob. J. Rothman, Are things getting better or worse? „The New Yorker”, 23 lipca 2018.
[19] Co ciekawe, są oni zarazem zaskakująco chętni, żeby namawiać antynatalistów do samobójstwa, co świadczy o zupełnym niezrozumieniu krytykowanej idei. Antynataliści nie chcą wcale umierać — woleliby za to nie przychodzić na świat; co więcej, woleliby nie przychodzić na świat skądinąd właśnie dlatego, że nie chcą umierać.
[20] Omówienie — i zbicie — argumentacji przeciwników dostępu do medycznie wspomaganego samobójstwa, zob. D. Benatar, Assisted suicide, voluntary euthanasia, and the right to life [w:] J. Yorke (red.), The Right to Life and the Value of Life, Routledge, Londyn 2010.
[21] Skądinąd znamienny jest horrendalny bezwstyd, z jakim człowiek jest w narracji współczesnego społeczeństwa otwarcie redukowany do zasobu — konsumenta, podatnika, inkubatora, siły roboczej, mięsa armatniego. Pozostaje mieć nadzieję, że ci spośród młodych (a przynajmniej młodych duchem) ludzi, którzy nie godzą się na kształt obecnego świata, nie dadzą się zwieść ułudzie toksycznego optymizmu i odmienianej przez wszystkie przypadki „nadziei” i rozważą zaniechanie prokreacji jako najskuteczniejszy — a niewykluczone, że jedyny skuteczny — wyraz buntu wobec molocha dehumanizacji.
[22] France Info, Coronavirus : pour Michel Houellebecq, le monde d’après «sera le même, en un peu pire», 4 maja 2020, online.
[23] Pierwszorzędne literackie ujęcie tego tematu, zob. np. D. Cooper, The Sluts, Void Books, Nowy Jork 2004; B.R. Yeager, Amygdalatropolis, Schism prεss2, [b.m.] 2017. A filozoficzno-literackie, zob. N. Land, Xenosystems, Passage Publishing, [b.m. Stany Zjednoczone] 2024, zwłaszcza rozdział Hell-Baked.
[24] J. O’Connell, Facebook’s dirty work in Ireland: „I had to watch footage of a person being beaten to death”, „The Irish Times”, 30 marca 2019. Ta wymuszona konfrontacja z przerażającą rzeczywistością może się okazać zjawiskiem z antynatalistycznej perspektywy nader cennym; w istocie być może lepiej byłoby, gdyby „nieodpowiednich” treści w internecie w ogóle nie cenzurowano, żeby uzmysłowić ludziom, na jaki świat sprowadzają dzieci, z jakimi ludźmi będą one mieć do czynienia i jakimi ludźmi mogą się stać.
[25] Co ciekawe, i na swój ponury sposób pocieszające, biologiczna kruchość stanowi (na razie) nasz atut; obecnie tortury, nawet najbardziej wyrafinowane, muszą wcześniej czy później skończyć się śmiercią ofiary. Nietrudno sobie jednak wyobrazić, że w miarę postępu technologicznego trwanie męczarni będzie można wydłużyć, i to praktycznie w nieskończoność. Frapującą propozycję takiej wizji można znaleźć w: qntm, Lena [w:] tegoż, Valuable Humans in Transit and Other Stories, [b.w.], [b.m. Wielka Brytania] 2022 i tenże, Driver [w:] tamże.
[26] P. Jourde, Le Maréchal absolu, Gallimard, Paryż 2012, s. 325.
[27] Każdy czytelnik może tu w zasadzie podać liczbę wedle własnego uznania. Miliard to moim zdaniem gruby naddatek, a ludzie wybiją się lub sprowokują własną zagładę o wiele wcześniej; ćwiczenie to ma służyć wyłącznie uzmysłowieniu sobie, że da się wskazać mniej lub bardziej odległy dzień, kiedy na pewno nie będzie już żadnego człowieka.










