Ogół wiernych chrześcijaństwa jest jak świnia — zwierzę, które towarzyszy Antoniemu Wielkiemu, nie odstępując go na krok w jego ascetycznym życiu. Żywi się odpadkami, lecz daje wyborne mięso, pokarm jakże pożądany przez ludzi czasów nam odległych. Odwołując się do symboliki świni, spójrzmy na chrześcijaństwo z kilku stron i przyjrzyjmy się „największemu szalbierstwu”, o którym pisze w swym eseju Théophile de Giraud.
Na obrazie Hieronima Boscha Kuszenie św. Antoniego widzimy tytułową postać, siedzącą w zadumie pod drzewem, z wierną towarzyszką u boku — pokorną świnią, z dzwoneczkiem w uchu. Oboje przybierają tę samą pozę: podpierają głowę i pełni kontemplacji spoglądają przed siebie. Antoni i świnia wpatrują się w zwierciadło wody. Czy w rozmytych odbiciach tafli nie potrafią dostrzec, kto jest kim? Czy dobrej świni dane będzie upodobnić się do świętego? Choćby tylko z pozoru, powierzchownie, naśladując niezrozumiałe dla niej gesty opiekuna? Na obrazie dostrzegamy coś jeszcze — symbol nadchodzącej tragedii, ofiarnego świniobicia. Zwierzę trwa jednak niewzruszone. Czeka na to, co się zaraz wydarzy. Być może zdaje sobie sprawę z tragicznej roli, jaką przyszło mu odegrać.
Różne źródła informują nas, że zakon św. Antoniego był w średniowieczu uprzywilejowany pod względem hodowli świń, które, dokarmiane resztkami przez lokalną społeczność, pasły się przy klasztorach i na ulicach miast. Świnie te — niczym krowy w Indiach — były nietykalne. Lecz podczas święta ku czci Antoniego, wypadającego 17 stycznia, świńskie mięso spożywano nader ochoczo. Odbywało się to w samym środku karnawału — pośród obżarstwa, swobody, dzikości, chaosu i pożądania, w czasie na opak, w którym role społeczne się odwracały, a wartości mieszały z brudem. Po nim następował Wielki Post, okres oczyszczenia, zaprowadzania ładu, wstrzemięźliwości i ascezy, przygotowujący do zbawienia. Owa kalendarzowo-rytualna tranzycja jest przejściem od nieczystości do czystości, od profanum do sacrum. Ofiara ze świni jest więc aktem zjednoczenia w karnawałowym szaleństwie, elementem niezbędnego dla funkcjonowania społeczności zrytualizowanego nadwątlenia struktur, zawieszenia norm. Bez karnawału, czyli bez świni, nie może być postu, dlatego św. Antoni — asceta i pustelnik — oraz jego świnia są swoimi lustrzanymi odbiciami: tym samym, lecz w różnych stadiach. Z jednej strony chrześcijański ideał czystości i życia duchowego, z drugiej — zwierzę nieczyste, ziemskie, chtoniczne, wręcz tabuizowane.
Przez całe wieki chrześcijaństwo czerpało z kultur, na których osiadało. Pogańskie świątynie zamieniano w kościoły. Przedchrześcijańskie święta stawały się świętami chrześcijan. A starzy bogowie, zamaskowani, wchodzili do chrześcijańskiego panteonu w dawnej chwale — pod innymi imionami, w nieco innych szatach. Natomiast struktura religii, kalendarz i mitologia pozostawały niemalże nietknięte. Na podbitych ziemiach zastane tradycje traktowano troskliwie niczym smaczne odpady, a chrześcijaństwo — coraz silniej rozpychające się łokciami i roszczące sobie prawo do miana religii światowej — karmiło się nimi i rosło.
Patrząc na historię, zauważamy, że św. Antoni został pustelnikiem w kluczowym momencie rozwoju chrześcijaństwa: gdy wchodziło ono na polityczne salony, stawało się religią państwową, traciło swoją sekciarską postać na rzecz władzy i wpływów — u samego zarania swojej imperialnej postaci. Wymagająca etyka pierwszych chrześcijan nie nadawała się już dla wielkich mas ludzi tamtych czasów. Trzeba więc było wypracować koncepcję i sposób działania, które mogłyby pogodzić najwyższe ascetyczne wartości z żądzą ekspansji. To karkołomne zadanie ostatecznie udało się osiągnąć metodą naśladującą życie wieprza.
Gdy spojrzymy na św. Antoniego i jego świnię, dostrzeżemy właśnie taki obraz chrześcijaństwa. Zgodnie z legendą pustelnik uzdrowił ją ze ślepoty — tak jak nauki ojców Kościoła pozwalają wiernym dostąpić zbawienia, uwalniając ich z więzów ignorancji i pożądliwości. Zwierzę, wdzięczne i wierne, podąża za świętym, tymczasowo bezpieczne, lecz świadome marnego losu, w który zostało rzucone. Świni trudno jednak wyzbyć się świńskiej natury. Wszak jest to stworzenie przeznaczone do prokreacji; tak jak znakomita większość społeczności Kościoła. Idźcie i rozmnażajcie się — nakaz skierowany do tych, o których należy dbać i którzy w czasach kryzysu gwarantują przetrwanie. Którzy żyją tłusto, w ignorancji i uciesze, trzymani na postronku oświeconych elit.
Prokreacja jest bez wątpienia świńska. Giraud w swoim eseju przekonuje nas, że chrześcijaństwo u zarania było antynatalistyczne. Lecz — jak widzimy — postawa ta, przyparta do muru żądzą ekspansji, szybko stała się zarezerwowana tylko dla wybranych. Co więcej, dokonany przez niego dobór fragmentów sam już jest praktyką chrześcijaństwu nieobcą. Idealna religia — mająca potencjał do tego, żeby objąć swym przesłaniem cały świat — to taka, która oferuje różnorodne formy interpretacji, która pozwala wybierać z całego wachlarza możliwości to, co w danym momencie jest potrzebne. Wprawdzie nasz autor wydobył z pism najwyższe zalecenia etyczne, jednak nie łudźmy się — po nim przyjdą kolejni, liczni, którzy wybiorą smakowite pomyje i w swojej ignorancji wyniosą je na piedestał.
Dzisiaj brakuje ascetów troszczących się o trzodę; świnie i świętych trawi włośnica. Zaś dla pogan nie ma karnawału — żyjąc, stoimy w rozkroku między postem a chaosem. To nie religia, bo ta już upadła, lecz cały nasz świat stał się zróżnicowany — bez miejsca, bez czasu, bez świąt, nie licząc wojny. I tyle w tym szczęścia, ile tragedii. Sfora puszczona samopas, niczym rozszalały tłum Le Bona, zdolna jest do rzeczy zarówno podłych, jak i szlachetnych — tak do rozpłodu, jak do kastracji. Rano posłusznie drepcze utartą ścieżką Antoniego, by wieczorem z dzwonkiem przy uchu — nie bacząc na zaszłe zmiany — karmić się i rosnąć, łapczywie połykać nęcące resztki z pańskiego stołu.
Dariusz Niezgoda
[1] Co było zabronione w przypadku świń hodowanych przez zwykłych ludzi.
[2] Styczeń to idealny czas na świniobicie. Chłód zimy pozwalał zachować przez długi czas świeże mięso. Ponadto w tym okresie roku samym ludziom zaczynało już brakować pożywienia, dlatego wybicie pewnej części trzody nie tylko pozwalało uzupełnić niedobory organizmu w wysokokaloryczny pokarm, lecz także gwarantowało uratowanie części zeszłorocznych zbiorów przed zjedzeniem przez zwierzęta hodowlane. Na temat podobnego zjawiska, ale występującego w zupełnie odmiennym kontekście kulturowym por. M. Harris, Krowy, świnie, wojny i czarownice. Zagadki kultury, przeł. K. Szerer, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1985.
[3] Data 17 stycznia wypada w istotnym miejscu w kalendarzu liturgicznym, dokładnie w połowie okresu między Bożym Narodzeniem a najwcześniejszą możliwą datą tak zwanej Niedzieli Pogłownej lub inaczej Niedzieli Pochodni (pierwszej niedzieli Wielkiego Postu). Ponieważ Środa Popielcowa jest świętem nieobowiązkowym w Kościele i wierni, szczególnie w średniowieczu, nie uczestniczyli w środowym nabożeństwie, przychodzili do kościoła dopiero w niedzielę na uroczystą mszę. Był to zatem, praktycznie rzecz biorąc, najwcześniejszy początek postu.
[4] Z pewnością lepiej raz do roku „zorganizować szaleństwo” niż pozwolić mu wybuchnąć nieoczekiwanie.
[5] Nie chodzi tutaj wyłącznie o rytuał. Karnawałowe obżarstwo pomaga także przetrwać głodowy koszmar przedwiośnia.
[6] „Wieprz, ponieważ ma rozdzielone kopyto, lecz nie przeżuwa, jest nieczysty, mięsa jego jeść nie będziecie i padliny jego się nie dotkniecie” (Pwt 14, 8).
[7] Zrąb tej interpretacji zawdzięczam prof. Arnoldowi Lebeufowi.
[8] „Oni to ziemię takim głupstwem sycą,
Że nim się pewnym dowodom poruczy,
Za lada jaką gonią obietnicą.
Wieprz się świętego Antoniego tuczy,
A za nim tacy, gorsi niźli wieprze,
Sieją monetę, w której mosiądz huczy”.
Dante Alighieri, Boska komedia, przeł. E. Porębowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1965, s. 467.
[9] Świnia symbolizuje nie tylko ignorancję, upadłe dusze, jak u Dantego, lecz także pożądanie. W języku włoskim występuje wulgarne słowo troia, które oznacza zarówno rozpłodową maciorę, jak i „kobietę upadłą”. M. Peisert, „Sus domesticus” — zwierzę, którego nazwy używać nie wypada [w:] A. Dąbrowska (red.), Język a kultura, t. 15, Opozycja homo–animal w języku i kulturze, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2003, s. 149–155.
[10] Świadomie stajemy tutaj w opozycji do tych współczesnych badaczy, którzy wieszczą jej odrodzenie.
[11] Por. E. Canetti, Masa i władza, Czytelnik, Warszawa 1996, s. 107–190.
[12] G. Le Bon, Psychologia tłumu, rozdz. Uczucia i moralność tłumu, przeł. B. Kaprocki, Wydawnictwo Marek Derewiecki, Kęty 2007.










